IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Zacisze

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Admin
Admin
avatar
Liczba postów : 227
Imię i nazwisko : Cygańskie Mokasyny Grozy.

PisanieTemat: Zacisze   Sro Maj 04, 2016 1:26 am



Zacisze


Ciche, spokojne, oddalone od miejskiego zgiełku miejsce, idealne na popołudniowe schadzki. Można przyjść tutaj samemu, lub z drugą połówką, przysiąść na jednej z wielu ławeczek i zjednoczyć się z tą namiastką natury. A jeżeli zabierze się ze sobą trochę chleba, to można pokarmić kaczki a nawet łabędzie, które nauczyły się, że człowiek to nie jest niebezpieczeństwo, a.... darmowa lodówka.  
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość

PisanieTemat: Re: Zacisze   Czw Maj 19, 2016 4:52 pm

Znacie to uczucie, kiedy wracacie zmęczeni z pracy i nie macie nawet sił ruszać nogami, więc powłóczycie nimi i przemierzacie kolejne kilometry, aż w końcu orientujecie się, że hej, to przecież to nie tu mieliście iść? Mea też go nie znała. Jasność umysłu, trzeźwość myślenia - to była cała ona, niezależnie od stopnia wyspania, stanu zdrowia, pogody ducha ani (względnie) upojenia alkoholowego. Nigdy nie odlatywała myślami hen daleko, dając się ponieść fantazji i gdybaniom; żadna tam głowa w chmurach czy pajac, który nie potrafi się na czymś skupić, bo rozprasza go nawet mrówka idąca po kostce. Zresztą... plan był prosty. Miała po prostu wyjść z pracy, podejść na stację metra, wsiąść, wysiąść, pójść prosto to domu i voila, gotowe. Nic więcej, nic mniej. Trzeba by było być kompletnym idiotą, by się w tym pogubić. Albo pajacem. Albo Meą.
W każdym razie wszystko szło dobrze do momentu, gdy będąc tuż przy stacji ujrzała, jak metro odjeżdża niemalże sprzed jej nosa. Spoko loko, będzie przecież następne, prawda? Wystarczyło podejść jeszcze kawałek, spojrzeć na tablicę i ogarnąć, że za kilka minut znów coś podjedzie. Niestety, jakimś dziwnym trafem w mózgu Mei pojawiło się milion zapytań pod tytułem "jak ja się dostanę do domu, mamo tato ratunku, co ze mną będzie, chcę jeść, jest już ciemno, boję się, ten pan na mnie dziwnie patrzy, czy lodówka jest pusta czy mnie kochacie, halo pomocy". Mózg rozwalony, dysk twardy się przegrzał, ogłaszamy kod czerwony. A tata mówił, żeby nie siedzieć przy kompie do rana... No ale kim byłaby Mea, gdyby się go posłuchała? Na pewno nie sobą. "To teraz masz za swoje" słyszała w głowie, głosem swojego ojca.
Nawet nie pytajcie jej czemu nie zaczekała tych pięciu minut, tylko ruszyła przed siebie, tłumacząc sobie ten spacer tym, że tak będzie szybciej. Faktycznie, wyszło szybciej w uj, klękajcie narody. I kij wie czy zadumała się nad jakimś twierdzeniem naukowym czy po prostu jej mózg uciął sobie drzemkę, ale dopiero po prawie godzinie zaczęło jej coś nie pasować. A to się ściemniło doszczętnie, a to chodnik jakiś taki nieznajomy, a to... halo, gdzie ja jestem? Podniosła więc ten niepoprawnie politycznie odcięty od rzeczywistości łeb i rozejrzała się, jakby to miało jej pomóc odnaleźć się w sytuacji. Blokowiska w tle i oddalony zgiełk miasta sugerowały tylko tyle, że była gdzieś w części północnej, tylko gdzie? Zerk w lewo, zerk w prawo. Ławki wszędzie, pusto wszędzie, co to będzie, co to będzie. G$^%o będzie. Wzdychając, sięgnęła ręką do torby przewieszonej przez ramię i zaczęła w niej grzebać, chcąc po omacku dobyć telefon. Upięte w wysoki kucyk włosy zafalowały na wietrze, który przypomniał sobie, że może przecież wiać mocniej i wkurzać przechodniów, tym samym rozsypując długie kudły Mei na jej twarzy. Aż brew jej drgnęła i zmuszona zaczesać je za ucho, niepocieszona bezdenną torbą podlazła do ławki, coby zaraz na niej usiąść i w nieco bardziej komfortowej pozycji móc wznowić poszukiwania skarbu. I nie byłoby tak źle, gdyby ten cholerny wiatr się uspokoił i nie utrudniał czegoś, co i tak samo w sobie należało do zadań specjalnych.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość

PisanieTemat: Re: Zacisze   Czw Maj 19, 2016 11:34 pm

Mówi się, że ciągnie wilka do lasu. A jak to jest z lisami? Czy ktoś kiedykolwiek się tego dowiedział? Cóż w przypadku tego osobnika bywa różnie, ale dzisiaj chyba wyjątkowo coś go natchnęło do bliższych kontaktów z naturą. W końcu, trzeba czasami zwalczyć monotonię swojego życia, poza bieganiem między pracą, szkołą i domem, trzeba mieć też coś dla siebie, prawda? A dzisiaj, z tych losowych chwil dla siebie, padło na wyciszenie się na łonie natury, albo chociaż w częściowym jej towarzystwie w postaci kaczek, łabędzi. No doktorek Huff na bank byłby dumny, że wychowanek w końcu robi jakieś kroki ku swojemu lepszemu ja. Dobry żarcik hehe.
Jeśli chodziło o wyciszenie, najlepiej było to robić w towarzystwie gitary. Przed wyjściem złapał za pokrowiec i puf, po chwili już go nie było w domu i leciał, pędził tutaj, do zacisznego miejsca idealnego na wieczorne dumanie i granie na ukochanym instrumencie. Podróż bez większych wrażeń, ale droga była zarówno prosta jak i krótka. Po dotarciu na miejsce zajął najbliższą ławkę, rozsiadając się najwygodniej jak tylko się dało, wyjął gitarę i pozwolił aby spokojne brzmienie zajęło jego myśli, kojąc i wyciszając. Naprawdę lubił to robić. Pomagało mu to kiedy musiał coś poważnego przemyśleć, a teraz jego głowę zaprzątało naprawdę wiele myśli. Głównie szkoła, praca, ale też zaczął się nieco zastanawiać nad powrotem do Rosji, jakoś tęskno mu było do rodzinnych stron. Może sentyment jakiś? Albo po prostu tęsknota za rodzicami, czego nie miał zamiaru nigdy powiedzieć. Wzięło go trochę na wspominki i nawet się nie zorientował gdy zrobiło się kompletnie ciemno. No niesłychane, kto zgasił światło? Chyba czas się zwijać. Nie lubił pałętania się po nocach, nie ufał temu miastu i jego mieszkańcom. Kto wie jaki pato człowiek nagle wyjdzie zza rogu? Nie żeby był tchórzem ani nie lubił się bić, po prostu nie chciał się zbędnie męczyć, ot co. Tak, taki leniuch był z niego niestety. Już się powoli zbierał, chował gitarę gdy usłyszał szelest, bardzo uporczywy szelest. Zastrzygł uszami, próbując zlokalizować źródło tego irytującego dźwięku. O, winowajcą wykryty. Co prawda nie miał doskonałego wzroku po zmroku, ale jakiś tam zarys postaci widział. Drobnej w tym przypadku. Już w chorej głowie zrodził się plan, czemu by nie pomóc damie? A nuż coś dostanie. Poprawka - na bank coś dostanie, już on o to zadba. Ruszył się i jak na osobę dosyć ułomną społecznie, no nie oszukujmy się, po prostu stanął przed ławką zajętą przez dziewczynę. Nie tak centralnie oczywiście, jakąś odległość zachował. Z podłym uśmieszkiem, na szczęście mrok sprawił że nie widać go do końca, przyglądał się jej aż w końcu się przemógł.
- Zgubiłaś coś? Może pomóc? - spokojne pytanie, jakby do dziecka mówił, bo w sumie nie był pewien czy do niego nie mówi właśnie...
Powrót do góry Go down
Gość
Gość

PisanieTemat: Re: Zacisze   Pią Maj 20, 2016 1:14 am

Kiedy przyszło jej po raz setny w ciągu minuty poprawić te cholerne włosy, nie wytrzymała. Ułożyła torbę na udach i zgrabnie, wyuczonym już do perfekcji gestem ściągnęła gumkę z włosów, by te zaraz zwinąć w jakiś mniej niż bardziej schludny kok i tą samą gumką go utrzymać w jako takim stanie. Teraz, gdy żadne kosmyki nie leciały jej ani na twarz ani na ręce, nie plątały się pod brodą ani przy torbie, mogła na spokojnie wertować czeluść tego niezbędnika prawdziwej kobiety. I choć nie było w nim aż tak wiele rzeczy, to jak na złośliwość rzeczy martwych przystało - telefonu znaleźć się nie dało. A przecież na pewno wzięła go ze sobą! Fukając coś pod nosem, zaczęła z wolna wyciągać każdą kolejną rzecz, kładąc je pomiędzy swoim brzuchem a torbą, żeby przypadkiem nic nie dało się ponieść podmuchom wiatru i nie zniknęło na dobre albo przynajmniej żeby nie wylądowało gdzieś w trawie. Jakoś wizja szukania po omacku różnych dupereli niezbyt jej się uśmiechała, zwłaszcza, że nie miała pojęcia czy tutejsi spacerowicze nie lubią, gdy ich pupile załatwiają swoje potrzeby prosto na zieleń. Brr. Aż zadrżała na samą myśl włożenia ręki w... o fuj. Nie.
Wyciągając notes, nie omieszkała otworzyć go i nie zobaczyć czy aby przypadkiem nie miała na dziś wieczór czegoś do załatwienia, ale jak na złość wewnątrz znajdowała się jedynie karteczka z napisem "kolacja do odgrzania w lodówce". No dzięki, tato. Brzuch jak na zawołanie wydał z siebie dźwięki niezadowolenia, raz że głodu, dwa że przyjdzie mu jeść gotowe żarcie kupione w pobliskim markecie. Już chyba wolałby, żeby Mea mu coś ugotowa... kolejny burk. Nieważne.
Wciąż się nie spiesząc, choć chłód zaczynał dawać się we znaki jej doszczętnie wyziębionym dłoniom, sprawdzała każdą kieszonkę, w której potencjalnie mógł się ukryć jej zaginiony telefon. Wreszcie chwyciła klucze, ostatnią rzecz, która została w środku i uniosła pustą już torbę nieco do góry, by ją przetrzepać. Momentalnie oprzytomniała z wcześniejszego stanu nieogarnięcia, kiedy nie wyczuła żadnego ciężaru. No do cholery, gdzie był jej telefon? W pracy? W szkole? W domu? Fuknęła coś pod nosem i wrzuciła z powrotem wszystko do torby, aby na koniec z wielkim oburzeniem wyciągnąć nogi przed siebie i oprzeć się plecami o oparcie ławki. Brakowało tylko, żeby skrzyżowała ręce na piersi, by wyglądać jak obrażona księżniczka - nawet usta wydęła w podkówkę i zmarszczyła nos, tak bardzo niezadowolona z obrotu sytuacji była. I o ile wyszłoby, że został w domu, tak nie mogłaby się pogodzić, gdyby okazało się, że leży sobie gdzieś w klasie albo na szafce w Maid Cafe. Czemu.
Zaciskane na kluczach palce w końcu dały o sobie znać, kiedy ból zaczął promieniować na całą dłoń. Mea westchnęła głęboko, wciąż pogrążona w dylemacie "wracać się czy próbować przeżyć bez telefonu", że nawet nie zauważyła, że ktoś się do niej zbliżał. Mógłby nawet szurać ciężko okutymi butami po bruku, a i tak w tej chwili byłoby to dla niej porównywalne z trzepotem skrzydeł motyla. No bo halo, dylemty. Dopiero jak stanął przed nią tuż-tuż, to kątem oka dostrzegła jakieś nieprawidłowości w otoczeniu. I to mówiące nieprawidłowości.
- Co? - Unosząc głowę, Mea rozluźniła mięśnie twarzy i wsadziła łapy w kieszeń płaszcza, by zaraz - niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - otworzyć szeroko oczy i.. uśmiechnąć się głupio. JEST. BYŁ. JEJ MAŁY, KOCHANY. W KIESZENI. Wyciągnęła swoje szczęście i już po chwili blade światło bijące z ekranu rozświetlało jej twarz. Problemy przestały istnieć, spojrzała na godzinę i zaczęła wracać na ziemię.
- Ah, nie. Spoko. - Coś tam jeszcze przeklikała i wsadziła telefon z powrotem do kieszeni, wciąż nie dowierzając, jak wielką kretynką się okazała. Wreszcie też uraczyła niedoszłego pomocnika wzrokiem. Światło latarni może nie było super mocne, ale wystarczające, by w ciągu kilku chwil Mea rozpoznała w stojącym przed nią chłopaku... no właśnie, kogo? Otworzyła mimowolnie buzię, zastygając w tej pozycji niczym kamień. Kolejny podmuch wiatru, jeszcze silniejszy, targnął mocniej jej ciałem i aż przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz. Dałaby sobie głowę uciąć, że oblała się zimnym potem i że lada moment serce wyskoczy jej z klatki piersiowej, po drodze taranując kruche żebra.
- Marmieładow? - wybełkotała w końcu, po dość długiej ciszy, którą przerywały świsty powiewów i oddalone dźwięki ruchu ulicy, w której stronę miała ochotę uciec. Albo zapaść się pod ziemię. Albo umrzeć. Tak po prostu. W głowie próbowała na szybko wyliczyć prawdopodobieństwo spotkania tego oto Czarnokrwistego, ale nawet wzór ostateczny by temu nie podołał, skoro w sekundę szło stwierdzić, że było to coś na pograniczu cudu z tragedią. W duchu zaczęła modlić się, by był to sen, a nie jawa. No bo cholera, serio? Marmieładow? Ostatnia osoba, którą chciałaby zobaczyć na żywo? I jednocześnie pierwsza, ale komu by się tam do tego przyznała. Przygryzła nieporadnie fragment dolnej wargi i odwróciła wzrok, próbując zawiesić spojrzenie na czymkolwiek, tylko nie na nim.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość

PisanieTemat: Re: Zacisze   Pią Maj 20, 2016 1:02 pm

Długo przyglądał się jej poczynaniom. Cała ta akcja poszukiwawcza go bawiła jak i ciekawiła, musiał przyznać. Facet jak to facet, takich problemów nie miał - wszystko w kieszeniach. No dobra, miało to jeden pewny minus... "W kieszeni, których spodni?", "W której marynarce?", "W którym płaszczu?". Ile to razy robił wielkie przeszukiwanie szafy, ile razy obmacał każdy centymetr płaszcza albo zamacał się na śmierć. Nie no może nie aż tak, ale każdy wie o co chodzi. Jakby miał jeszcze taszczyć ze sobą torbę, w której miałby multum zakamarków to chyba by się pochlastał momentalnie. A tu jakiś klucz od domu się schowa, a tu telefonik zaginie, a tu ważna karteluszka się zawieruszy. Zastanawiał się jak kobity jeszcze nie oszalały od tych nerwów, że jednak ta poszukiwana rzecz nie znajduje się w tej torbie? Jak one nie wpadają w panikę? Chociaż, przed sobą miał obraz czystej, małej frustracji. Kjut. A teraz jeszcze wydał z siebie jakiś dźwięk! Kjut do kwadratu.
- No pomó- - urwał w połowie kiedy błysnęło blade światło wyświetlacza. Ten głupiutki uśmiech tak jakoś go rozbawił, sam nawet nie wiedział czemu. W sumie dobrze, że problem się rozwiązał. Zaraz. Nie. Chciał mieć jakiś dług wdzięczności. Mógł to potem bardzo dobrze wykorzystać. Lubił mieć długi wdzięczności, nigdy nie wiesz kiedy Ci się przyda albo na kogo trafiłeś. Pieniążki, jakieś "dobre" uczynki, korzyści cie-... Dobra hola, hola.
Nic nie mógł tutaj już poradzić. Powoli się obracał żeby ruszyć się w końcu do domu, gdy kątem oka zauważył dosyć dziwną reakcję. Uniósł nieco brew, przechylając głowę nieco na bok niczym sowa (liso-sowa?) i wydał z siebie pytający pomruk. Wait, co ona powiedziała? Teraz to się dopiero zdziwił i zaciekawił. Momentalnie wrócił do dawnej pozycji, czyli stania jak osioł przed nią, i obrzucił ją pobieżnym spojrzeniem, w końcu może coś mu umknęło? Nope, nic nie dymi nie buczy, czas na inną perspektywę. W sumie nie pomyślał, że może ją nieco tym obrazić, ale no ogarnięcie z kim się ma przyjemność lub nieprzyjemność jest ważniejsze. Odłożył pokrowiec z gitarą na bok i przykucnął przyglądając jej się tym razem uważniej, a co za tym idzie, znowu przekrzywił łeb na bok, jednak teraz nieco mocniej, aż mu jedno lisie ucho oklapło na bok. Może powinien się nazywać Lis Uszatek? Czy on znał jakąś dziewczynę bliż- O cholera. O CHOLEERA. W końcu jakieś trybiki zaskoczyły, w końcu wszystko stało się jasne! Powoli jego mina z głębokiego zastanowienia zaczęła przeradzać się w szeroki uśmiech, wręcz wyszczerz. Tak, błysnął kłami, a lisia kita jakby żyjąc własnym życiem zaczęła latać to w lewo to w prawo jak u psa gdy cieszy się na widok właściciela.
- Raskolnikov! - zawołał radośnie, jak nie on normalnie. Zwykle wydawał z siebie zrzędliwe pomruki, nieważne kogo witał, a tutaj? No radosny szczeniaczek! Co jak co ale już od dawna chciał spotkać swoją przyjaciółeczkę z przedszkola, w końcu to jej pierwszej ukradł kredki. Nalegał tyle i nalegał, aż los sam ich na siebie pchnął ot tak, teraz. Szeroki wyszczerz zmienił się w wygłodniały uśmiech. - Tyle uciekałaś Króliczku aż w końcu Cię złapałem.
Nie pytał o pozwolenie, nonszalancko podniósł się z kucka i klapnął obok niej na ławce, opierając pokrowiec o oparcie. W ogóle się nie krępował, ani trochę, toteż od razu rozwalił się jakby był na swoim, dalej wesoło machając kitą, która żyła własnym życiem. Zdrajca najgorszy. Żeby nawet własny ogon zdradzał swojego właściciela, skandal. Kątem oka zauważył jej zmieszanie. Ojoj, jak mi nieprzykro.
- Co jest, mała? Taki jestem straszny i zły? - parsknął śmiechem i pozwolił sobie popatać ją po głowie, jak malutkie dziecko. Którym jest.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość

PisanieTemat: Re: Zacisze   Wto Maj 24, 2016 6:45 pm

Nawet nie uwierzycie, jak wiele rzeczy nagle wydało się ciekawych. Powiewające na wietrze liście, migające w oddali światła miasta, ziemia nieśmiało przebijająca spod gęstej trawy... no po prostu wszystko to, na co zwróciłby normalnie uwagę wrażliwy na piękno natury człowiek, który potrafił ujrzeć coś w niczym. Mea nigdy nie należała do tego typu ludzi o artystycznej duszy, dlatego z niejaką aprobatą odkrywała to, co jeszcze przed chwilą było dla niej czymś zwyczajnym i nudnym. Nawet zrobiło jej się żal robaczka, który został zdmuchnięty z ławki przez wiatr i poszybował hen daleko, niesiony nie aż tak znaną sobie siłą.
Nie zareagowała na wykrzyknięcie jej nazwiska. Usilnie, odtrącając normy etyczne i jakiekolwiek inne zasady dobrego zachowania, nie patrzyła w jego stronę. Ktoś mógłby powiedzieć "oho, zawstydziła się bidulka" iiii w zasadzie miałby rację. Może co prawda jej policzki nie oblały się rumieńcem, a głos nie zaczął jej drżeć (choć kto wie, może gdyby się odezwała, to dostałaby medal największej jąkały w Japonii), to wciąż jakiś wewnętrzny strach nie pozwalał jej się przemóc i spojrzeć na niego, jak na normalnego człowieka przystało.
I gdy tak siedziała w bezruchu, w jej wnętrzu rozgrywała się prawdziwa walka. Naprawdę nie była gotowa psychicznie, by przenieść ich znajomość z powrotem do świata realnego i chociaż w internecie mogła z nim rozmawiać bez przeszkód nawet i dwanaście godzin, tak teraz... no nie. Nie potrafiła. Z jednej strony chciała wstać i uciec jak najdalej, z drugiej sparaliżowana wstydem nie potrafiła wykonać najprostszego ruchu, jakim jest obrót głowy o kilka stopni w bok. I tylko wewnątrz czuła, jak jej serce ani myśli by się uspokoić i jak coraz dziwniejsze uczucie się w niej kłębi, coś pokroju... radości?
Ogarnij się, idiotko. Głęboki wdech i wydech, aż w końcu powoli, niespiesznie, naśladując prędkością żółwia, jej usta otworzyły się i... cisza. Głos jej uwiązł w gardle, ale przynajmniej nie patrzyła gdzieś w bok, tylko prosto przed siebie. Zawsze jakiś sukces, co? Przełknęła głośno ślinę.
- Taaa - wymruczała, bardzo elokwentnie i jakże adekwatnie do jego słów. No cóż. Wciąż się nie przyzwyczaiła, że Marmieładow nie jest po drugiej stronie ekranu, a tuż obok, nawet nie pół metra dalej, a dosłownie tuż-tuż, tak blisko, że mogła poczuć bijące od niego ciepło. To też na nią w jakiś dziwny sposób działało i chociaż normalnie inteligencją wręcz grzeszyła, tak teraz nie potrafiła zrozumieć tego zjawiska. Albo doskonale je rozumiała, ale nie chciała się przed samą sobą do tego przyznać.
- Najstraszniejszy. - Może jego śmiech choć trochę ją ośmielił, a może to te patanie... nie wiedziała. Wiedziała za to, że mówienie "patnę Cię" ma się nijak do prawdziwego patania. Było w tym coś miłego, choć jednocześnie sprawiającego, że poczuła się jak jakiś maluch, którego trzeba oswoić z nową sytuacją. Ale czy nie tak właśnie było? Pomijając, że nie jestem dzieciaczkiem? Meh. Zebrała w sobie cała siłę, jaką miała i zerknęła na niego nieśmiało, a zaraz potem znów odwróciła wzrok, tak bardzo speszona, że on tu jest. O BOŻE ON SERIO TU JEST. SERIO. MARMIEŁADOW. MAMO TATO ON TU JEST!!!!!1111one. Chcąc ukryć zmieszanie, odchrząknęła i ośmieliła się przerwać ciszę. - Co tu robisz?
Ale dobre pytanie, o kurde, Mea, kto cię tego nauczył? Ty to wiesz jak podtrzymywać rozmowę! No po prostu brawa, order najlepszego mówcy na świecie, miejsce na podium, aplauz i pisk tłumów, konfetti i przyjęcie gratulacyjne.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość

PisanieTemat: Re: Zacisze   Wto Maj 24, 2016 9:52 pm

Nik jakoś specjalnie nigdy nie podziwiał natury ani nie rozpływał się nad jej pięknem. Może to ten brak duszy artysty malarza impresjonisty czy tam romantyka, albo facet po prostu ma totalną znieczulicę. Chociaż, jak jakiś ładny piesek idzie to potrafi docenić naturę, o i kobitki. Wtedy to matkę naturę całowałby po stopach. Ale tak to, patrzył na liście, drzewka, krzaczki i to go po prostu nie ruszało, nie porywało jego duszy, ani nic. Listki jak listki, czasami wkurwiają jak zapierdzielą ci chodnik przed domem albo jak strzeli ci taki losowy w twarz, bo wiaterek powiał za mocno. Myślicie, że to niemożliwe? Błogosławieni Ci co nie widzieli, a uwierzyli.
Bawiła go jej reakcja albo raczej jej brak, chociaż jakby być tutaj bardziej dokładnym to udawanie jej braku. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy szczerze powiedziawszy. Może trochę się łudził, że będzie chociaż trochę taka jak w świecie wirtualnym, ale nadzieja matką głupich masz babo placek. Tym gorzej, że nie wiedział za bardzo jak ją ośmielić. Postanowił więc pozostać biernym obserwatorem i liczyć na cud. Na który nie czekał tak długo jak myślał, że będzie musiał. Parsknął śmiechem słysząc jej komentarz. On? Straszny? Bardzo. No dobra, był straszny, ale żeby ona tak myślała? Przecież przy niej to taki misiu był z niego, że szok ludzie by go nie poznali normalnie. Widząc, że patanie jednak jakiś skutek odniosło, przerzucił się powoli na głaskanie, ot żeby było jej milej. Teraz to dopiero musiała się poczuć jak dziecko. Apsi dejzi. Przysunął się do niej jeszcze bliżej, czy to z powodu zimna, czy to jakiejś innej pobudki, nie wiedział sam.
- Wyszedłem sobie na spacer, pograć trochę na gitarze, a ty brzdącu? - posłał jej słodziutki uśmieszek, nawet nie zwrócił zbytnio uwagi jak słaby mógł wydawać się jej sposób na podtrzymanie rozmowy. Nie oszukujmy się, sam nie potrafił tego robić. Zaczął bawić się jej włosami, totalnie zlewając fakt, że dziewczyna może krępować się ich spotkaniem po latach. Jak zwykle nie przemyślałeś tego, Nik. W sumie musiał przyznać, zrobiło się dosyć chłodno, aż się zmartwił. - Nie jest Ci zimno?
Mruknął to niczym zamartwiony na śmierć papcio, który wziął córeczkę na spacerek i wieczorne oziębienie przyszło. Co ty, miękniesz?
Powrót do góry Go down
Gość
Gość

PisanieTemat: Re: Zacisze   Wto Maj 24, 2016 11:43 pm

Głaskanie to coś co tygryski lubią najbardziej. Nawet takie tygryski, które tygryskami tak naprawdę nie są wcale - do tych właśnie zaliczała się Mea. Tygrysek tylko z nazwy, ale jednak, dlatego gdy patanie zmieniło się w głaskanie, z jej gardła wydobył się mimowolnie cichy pomruk. Na szczęście ogarnęła się w porę, nim zaczęła mruczeć na dobre, chociaż... nie, stop. Ogar. To tylko Marmieładow, to tylko drapanie. Co się podniecasz. Miała tylko nadzieję, że tego pojedynczego przypadku nie usłyszał, bo by się chyba totalnie zawstydziła i serio serio uciekła gdzie pieprz rośnie albo jeszcze dalej, "uroczo" (do interpretacji widzącego) się przy tym rumieniąc. Jednocześnie, ku potwierdzeniu że jest prawdziwą tsundere, wewnątrz wręcz krzyczała "owwmrrtakmidopszetakmirup" i gdyby Marmieładow przestał, pewnie machinalnie wzięłaby jego rękę i z powrotem położyła na swojej głowie. Chyba. To znaczy na pewno. Bo głaskanie. Mru.
Gdy się przybliżył, ledwo powstrzymała odruch automatycznego odsunięcia się. Normalnie nikt nie miał prawa naruszać jej przestrzeni osobistej i sama broniła jej jak lwica potomstwa, no ale co ja co - Marmieładow był jedyną osobą, której pozwalała na więcej już od dawien dawna, począwszy od kradzieży kredek, a kończąc na...
- Nie jestem brzdącem! - żachnęła się i tylko brakowało by tupnęła nogą i skrzyżowała ręce na piersi. Głupi głupek, myślał, ze jak jest sporo wyższy to może tak bezkarnie sobie pozwalać? No sorry, małe jest piękne, ale duże może więcej. Pff. Znów na niego spojrzała, już mniejszym ukradkiem i z zamiarem ocenienia odległości by go celnie pacnąć w łeb, kiedy dostrzegła ten uśmiech. Słodki jak cukierek, tak bardzo nie pasujący do łobuzerskiego liska chytruska, którym był i którego ktoś trzeci nigdy w życiu nie posądziłby, że potrafi uśmiechnąć się w taki sposób. I chociaż Mea nie powiedziałaby tego na głos nigdy, to lubiła fakt, ze przy niej zmieniał się w lisiaczka miziaczka. Bezwiednie uniosła lekko kąciki ust do góry, ukazując tym samym delikatne dołeczki w policzkach. Plan z pacnięciem i ukazaniem jakim to walecznym tygrysem się nie jest nagle odszedł w zapomnienie i Mea po raz pierwszy spojrzała na pokrowiec z gitarą. No tak, przecież grał. I to nieźle. Aż naszła ją ochota by usłyszeć jego grę, ale że wciąż nie była tak hop do przodu, to skuliła się w sobie i przycisnęła mocniej torbę do ciała.
Wraz z jego pytaniem przez jej plecy przebiegł kolejny dreszcz i wręcz zadrżała cała. Niestety, bycie zmarzluchem nie było łatwe przy takiej pogodzie, zwłaszcza jeśli przez własną głupotę traciło się ciepło, bo nie wzięło się czapki. W odpowiedzi pokreciła przecząco głową, tylko po to, by nie uznał, że w takim razie pora się zbierać i rozejść w swoje strony. No halo! W końcu powoli zaczynała się oswajać z jego obecnością, ba, nawet przechyliła bardziej głowę ku niemu, by mu ułatwić zabawę włosami i - ewentualnie - dać możliwość podrapania po szyi. Bo w końcu nie tylko głaskanie było super. Za drapanko tygryski mogły zabić. Tak czy siak, miała zamiar przeciągać tę chwilę najbardziej jak się dało, nawet jeśli ostatecznie zmieniłaby się w kostkę lodu, a ręką Marmieładowa juz dawno by zdrętwiała i odpadła. Na szczęście miał drugą, hue.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość

PisanieTemat: Re: Zacisze   Czw Maj 26, 2016 10:29 pm

Pozwolił sobie nieco odpłynąć myślami kiedy tak beztrosko oddawał się głaskaniu dziewczyny. Tak jakoś zebrało mu się na wspominki i to nie byle jakie. Czasy dzieciństwa to piękna sprawa, a szczególnie te przedszkolne. Uśmiechnął się na wspomnienie ciągnięcia dziewczyn za włosy i kradnięcia kredek, ale to robił tylko jednej dziewczynie. Zaczęło się od takiej błahostki, zrodziła się przyjaźń, został jej prywatnym przedszkolnym ochroniarzem i tak jakoś im się wesoło ze sobą żyło. Piękne czasy no co. A jaka ona wtedy była przeurocza, te kiteczki, różowe sukieneczki - marzenie senne każdego pedofila. Jednocześnie kreowana na uroczą, a jednocześnie mała bestia co wszędzie za nim biegała, chodziła i uparcie ciągnęła za ogon. Wszystko jest w stanie jej wybaczyć - to że zepsuła mu samochodzik, to że czasami musiał pogodzić się z faktem bycia jej łóżkiem, to że musiał ciągle słuchać tej marudzącej muchy nad uchem. Jak to mawiał pewien różowy pies z kreskówki "Czego się nie robi z miłości?".
Sam był wielkim, dosłownie, fanem głaskania i drapania, koniecznie za uszkami. Nikomu by się nie przyznał, że taka z niego milusińska bestia, która najchętniej położyłaby się na plecach i dała się miziać po brzuszku, wydając przy tym zadowolone pomruki. A gdyby ktoś przestał warknąłby i spojrzał z mordem w oczach. Ręki co prawda by na kogoś nie podniósł no ale. Dlatego też rozumiał bardzo dobrze, że ktoś inny też może doceniać wszelkie pieszczoty jak i on. Tak, usłyszał to mruknięcie i z wielką chęcią usłyszałby je jeszcze raz. Miękł przy niej cholernie, ale jak można nie mięknąć od tego uśmiechu z dołeczkami? Za ten uśmiech pobiłby nawet prezydenta.
- Teraz akurat jesteś kociakiem. - puścił do niej oczko i spełnił jej niemą prośbę, powoli i delikatnie, w końcu miał ostre pazury, zaczął ją drapać po szyi. Coś mu się też nie chciało wierzyć z tym zimnem, a wcale nie planował zakończyć tego spotkania od tak, po prostu nieco się martwił, wiedział jak chłodne potrafiły być wieczory. Przerwał na chwilę drapanie żeby objąć ją na moment i przyciągnąć jeszcze bliżej siebie, tak że zdecydowanie była teraz przerażona i chciała uciec, ale żeby nie myślała, że dał jej spokój to od razu po tym wszystkim zaczął ją drapać. Niech sobie tylko nie myśli, że jeśli się odsunie czy coś to on to tak puści płazem, a skąd. Wtedy wyląduje na jego kolanach w niedźwiedzim uścisku bez drogi ucieczki. Nik miał jakąś tolerancję zimna, więc o zostanie soplem lodu, odmrożenia czy inne niemiłe sprawy się nie martwił za bardzo, nie są w końcu na Syberii. Bardziej się martwił o nią. KTO SIĘ TAK LETNIO UBIERA GDY CHŁÓD NA DWORZE?!?!1111!?!?!?!oneone! Sam nie był jakoś specjalnie ciepło ubrany no ale... On sobie mógł pozwolić, tak? No ale my tu myślu, myślu, a rozmowa trochę leży. - Co mi powiesz ciekawego, mała?
Merd, merd kitą, super uroczy uśmiech. Czy to już cukrzyca w bonusie z beznadziejną próbą nawiązania rozmowy? Oh yeah baby. W końcu był totalnie ułomny społecznie, komu to było wcześniej potrzebne? Budził grozę w przedszkolu, podstawówce, na upartego mógłby nawet teraz ale no próbuje się jakoś trzymać w ryzach. Nie uśmiecha mu się powrót do domu z takiego powodu, a rodzina to w ogóle byłaby wściekła i zdruzgotana... Siostra? Chyba by go zaciukała tak jak stoi. Rodzice? Załamaliby się chyba już kompletnie z jego powodu. Stop, nie myśl o tym, jest git. No tak, teraz w końcu mógł się skupić na czymś innym... Może trochę mniejszym, ale ciekawszym niż te rozterki i problemy. Schylił się nieco i miźnął ją polikiem o polik, ot tak, jak za dawnych, przedszkolnych lat, posyłając jej przy tym przepełniony dumą uśmiech. I jak na to odpowiesz, brzdącu?
Powrót do góry Go down
Gość
Gość

PisanieTemat: Re: Zacisze   Czw Cze 02, 2016 5:17 pm

Przez głowę Mei przelatywało naprawdę sporo myśli. Głównie były to tylko obrazy z przeszłości, blaknące wspomnienia sytuacji, które swoją niewinnością doprowadzały ją do palpitacji serca. Niekiedy przewijały się także głosy: krzyk opiekunki w przedszkolu, pisk rówieśników, bo oto Marmieładow wyciął im psikusa, jego śmiech i znaczące spojrzenie, które dobitnie dawało jej do znaku "kryj mnie, bo utnę ci włosy". Aż dziw, że ta ich znajomość ewoluowała w coś innego, a nie zatrzymała się na etapie oprawca-ofiara - a mogło się tak skończyć. Do dziś stanowiło to dla Mei zagadkę, dlaczego dla niej był inny. Czy to przez jej jakąś ukrytą charyzmę postanowił razem z nią straszyć ich grupę i trząść całym przedszkolem czy to jemu coś się pomieszało we łbie? Jedno i drugie było dość prawdopodobne, ale nie zamierzała się teraz nad tym rozwodzić. To nie było ani miejsce ani czas, tym bardziej, kiedy byli przyjaciółmi. Internetowymi, ale przyjaciółmi. A teraz ich znajomość przeszła na wyższy szczebel o wdzięcznej nazwie "świat realny". Wciąż w to nie wierzyła, zbiegi okoliczności nie istniały. Może ją śledził? Nie no, nie byłby do tego zdo... OH OCZYWIŚCIE, ŻE BY BYŁ. Ale po co?
Nie skomentowała słów o byciu kociakiem. Może dlatego, że ich w ogóle nie usłyszała, bo była zbyt zajęta rozkładaniem tego dziwnego spotkania na czynniki pierwsze, a może dlatego, że je usłyszała, ale tak jak jednym uchem wleciały, tak drugim wyleciały. Istniało też prawdopodobieństwo, że po prostu już nie wiedziała jak odpowiedzieć, a doskonale zdawała sobie sprawę, że sprzeczanie się z Marmieladowem nie ma sensu. Ona swoje, on swoje, ona A, on B i tak w kółko, aż nastałby ranek i usnęliby, nie dochodząc do żadnego kompromisu. W sumie... byłoby to dość urocze, gdyby tak zostali na tej ławce, marznąc i przekomarzając się nad tym czyja racja jest prawdziwsza, ostatecznie ziewając i usypiając z głową jednego na ramieniu drugiego... BOŻECO. O czym ty kuźwa myślisz dziewczyno.
Potrząsnęła lekko głową i dopiero teraz ogarnęła, że Marmieładow jest jeszcze bliżej, niż był. Próbowała przypomnieć sobie, kiedy on zdążył ją objąć, ale nic, null, zero, pustka, czarna dziura. Ogarnij dupę i skup się na nim, a nie. Przełknęła głośno ślinę i dała sobie jeszcze chwilę na przyzwyczajenie się do AŻ TAKIEJ bliskości, zaraz wracając do czerpania przyjemności z drapania. No tak, drapanie. Jeszcze moment, aż mu się w tych ramionach rozpłynie na dobre i będzie ją musiał zbierać z ziemi. A tego raczej nie chciał. Wzruszyła ramionami w odpowiedzi na pytanie, szczędząc mu słów typu: "a co byś chciał usłyszeć?".
- To zależy... zimno mi. Trochę. - Coś w końcu wypadało powiedzieć, no nie? Cóż. Przynajmniej nie kłamała, a na wyznania "cieszę się, że cię spotkałam" wciąż było za wcześnie. Prędzej by zakopała głowę w ziemi, niż coś takiego mu teraz wypaliła - nawet jeśli byłoby to szczere i całkowicie zgadzałoby się z tym, co odczuwała. Niemniej, wtuliła się bardziej w ławkę i w niego, szczelniej opatulając się szczelniej płaszczykiem. Przez kilka sekund rozważała, czy by nie zaproponować mu przeniesienia się do innego miejsca, bo w sumie... no nie, jakoś nie uśmiechało jej się powolne zamienianie w kostkę lodu, nawet jeśli opóźniane by to było gorącymi przytulasami. Bożeprzytulasamigorącymitakżeomamo. Wróć na zie-...
Miź.
Czy on właśnie ją...? Zaskoczona, zdezorientowana, zbita z pantałyku i wybita z jakiegokolwiek rytmu, kompletnie nie wiedziała jak zareagować. Nie żeby zapomniała jak robił jej tak w przedszkolu, ale teraz, po tych wszystkich latach zupełnie się tego nie spodziewała. Chociaż... patrząc po jego zachowaniu mogła przewidzieć, że nawet takie coś nie będzie dla niego problemem. Szczerze wątpiła, by Marmieładow znał granice przestrzeni osobistej, a jeśli znał, to dałaby sobie rękę uciąć, że z premedytacją je przekraczał. Sprawdzał ją? Testował na ile może sobie pozwolić? Badał grunt? Zmrużyła oczy. O nie, tak być nie będzie.
- To już nie działa, Marmieładow. Jeśli chcesz wywoływać u mnie rumieńce tak jak kiedyś, to musisz się bardziej postarać. - Odwróciła nawet głowę w jego stronę, by mu pokazać, jak nagle zmienia się w walecznego tygrysa i bije od niej pewność siebie. I choć nie miała na celu go prowokować, to wierzcie na słowo, że w jej oczach zaczęły tańczyć psotliwe iskierki. Na szczęście sama Mea, jak tylko zdała sobie sprawę, że jej słowa zabrzmiały jakby co najmniej go kusiła... aż się zaśmiała. Na głos. Krótko, ale głośno. Z powrotem odwróciła twarz przodem do parku, by móc podziwiać skąpane w mroku otoczenie. W sumie zmiana miejscówki nie byłaby taka zła.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość

PisanieTemat: Re: Zacisze   Sob Lip 02, 2016 4:32 pm

Każdy chyba miewa takie dni, kiedy czuje, że coś musi zrobić. Gdyby nie fakt, że Hope należała do tych osób, co muszą robić coś innego każdego dnia, to dzisiaj byłby właśnie taki dzień, kiedy w jej planie pojawiałoby się coś innego niż akademik i szkoła. Właśnie dlatego po lekcjach wybrała się w północną część miasta, taki był plan. Miała zamiar odwiedzić jedno ze swoich ulubionych miejsc - Zacisze. I chociaż nastolatka nie miałaby nic przeciwko spędzeniu miłego wieczoru, w towarzystwie swoich roślinek, na dłuższą metę pewnie nawet one miałyby jej dość. Już zdążyła sobie wyobrazić, jak Florian, bo tak miał na imię jeden z jej doniczkowych przyjaciół, odzywa się do niej takim niskim głosem pełnym irytacji, mówiąc "Dziewczyno znajdź sobie jakiegoś chłopaka, znajomych albo chociaż kota i daj nam święty spokój." Pomimo tego, że wizja była zabawna, Hope przez moment zrobiło się przykro. Czy ona naprawdę była tak irytująca? Swobodnym krokiem, wyposażona w swój plecak i trochę suchego chleba dla kaczek,  zmierzała w wyznaczonym przez siebie kierunku, a przynajmniej taką miała nadzieję. Niosła ze sobą wszystko co potrzebne - przekąski, szkicownik, węgielki, a nawet zapalniczkę, upchniętą gdzieś w plecaku, jednak ta uszata niedorajda zapomniała zabrać ze sobą czegoś ciepłego. Jadąc sobie w najlepsze metrem, nawet nie poczuła, jak temperatura na zewnątrz szybko ulegała zmianie, dopiero kiedy wysiadła zrozumiała, że popełniła wielki błąd nie biorąc ze sobą płaszcza, bluzy, czy chociaż jakiegoś lekkiego sweterka.
Swoją drogą, Północna część zawsze należała do jej ulubionych, ponieważ było tu chyba najwięcej ludzi, a gdzie ludzie, tam i towarzystwo. Taka już jest z niej towarzyska istota. Ale zaraz, zaraz, dlaczego Zacisze? Jak sama nazwa wskazuje, to ciche miejsce, przeznaczone raczej do samotnych spacerów lub zakochanych, a nie energicznego uszatka, który lubi obserwować ludzi. Czasem po prostu nawet puchaty, młodociany pedofil potrzebuje odpocząć, zaczerpnąć powietrza i pokarmić sobie kaczki. Kto nie lubi karmić kaczek?! Próbując przypomnieć sobie jakiegoś znajomego, który nie przepada za kaczkami, pokonała kolejny zakręt, a za nim następny ale na horyzoncie wciąż nie było widać, znajomego jej miejsca. Z pewnością się zgubiła, jak zwykle zresztą. Jedyną pewną drogą jaką znała, to przestrzeń dzieląca akademik od szkoły, poza tym, gubiła się niemal wszędzie. W przyszłym roku poprosi swoje roślinki, aby na urodziny kupiły jej GPS'a albo chociaż jakąś mapę. Zimny podmuch wiatru mierzwił jej włosy i co rusz unosił nieznacznie spódniczkę, co powodowało, że dziewczyna drżała. Próbując się nieco rozgrzać, energicznie pocierała dłońmi swoje ramiona, co chociaż na chwilkę pomagało. Normalna osoba pewnie wróciłaby do domu, bojąc się złapać jakieś przeziębienie, jednak nie Hope. Choćby miała zamarznąć, nie wróci jak ostatnia przegrana sierotka do domu, nie ma mowy. "I choćbym miała zostać piromanką, rozpalając ogromne ognisko na środku chodnika, zła się nie ulęknę!"
- Przepraszam, Zacisze to... w którą stronę? - Zaczepiła szybko jakąś kobietę, z nadzieją, że wskaże jej drogę. Ta jednak zmierzyła białowłosą od stóp do głów, zatrzymując się na dłużej przy jej uszach. Następnie obdarzyła nastolatkę wzrokiem pełnym pogardy, prychnęła kpiąco i ruszyła w dalszą drogę. Hope przygryzła lekko dolną wargę, zastanawiając się, czym sobie zasłużyła na takie traktowanie. W końcu oprócz tego, że trochę inaczej wyglądała, niczym nie różniła się od kobiety, którą przed chwilą spotkała. Mało tego, większość Czarnokrwistych uratowała życie tak wielu ludziom, a część z nich i tak traktowała przedstawicieli tej rasy jak śmieci. No tak, ona była inna. Ona nie była Czarnokrwistą, która w jakikolwiek sposób przyczyniła się do odratowania ludzi. Była zepsuta, nieprzydatna, nikomu niepotrzebna. A co robimy z czymś czego nie potrzebujemy, na przykład z zepsutym długopisem? Kiedy długopis się psuje i nie możemy go naprawić, wyrzucamy go, bo po co nam coś, co będzie tylko zagracać biurko? Bez względu na to, czy został zniszczony przez nas, przez kogoś innego, czy po prostu został źle wyprodukowany, nie myślimy nad tym, nie współczujemy mu, tylko wyrzucamy, bo do niczego nam się nie przyda. Hope była jak zepsuty długopis.
- Przepraszam, czy może mi Pan powiedzieć, jak mogę dojść do Zacisza? - spróbowała ponownie, pogodnie się uśmiechając do przechodnia.
- Musi Pani zawrócić, drugi skręt w lewo, a następnie cały czas prosto. Powinna Pani dojść bez większych problemów. - Dziewczyna podziękowała i ruszyła w drogę, myśląc sobie, że zawsze może znaleźć się osoba, która lubi zbierać zepsute długopisy. Wciąż z uśmiechem na ustach, energicznym krokiem, bez większych problemów, pokonała trasę. Kiedy w końcu dotarła na miejsce, na wyświetlaczu jej telefonu dochodziła osiemnasta i wciąż robiło się coraz zimniej. Nastolatka ominęła ławki, zamiast tego, wygodnie rozłożyła się na mini pomościku. Jej nogi unosiły się tuż nad powierzchnią wody. Pomimo tego, że miała na sobie białą spódniczkę, a miejsce, w którym siedziała, było pewnie w jakimś stopniu brudne, a nawet lekko wilgotne, miała to zupełnie gdzieś. Jak to tam młodzież mówi, pieprzyć konsekwencje! Czy... coś takiego. Ze swojego plecaka wyciągnęła tabliczkę zwykłej, mlecznej czekolady oraz chleb dla kaczek, na którego widok, pierzaste stworzenia, w momencie znalazły się tuż przy nogach uszatej. Hope sprawnie rozdrabniała w łapkach kromkę chleba i rzucała większe okruchy, na pożarcie tym wiecznie nienajedzonym głodomorom, czasem się do nich odzywając.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość

PisanieTemat: Re: Zacisze   Sob Lip 02, 2016 10:13 pm

| START |

Chodził w te i wewte, zaglądał w różne miejsca nie wiedząc, co ze sobą począć. Miał wolne popołudnie, wolne od szpiegostwa, wolne od pracy w bibliotece, gdyż, jak na chwilę obecną, miejsce za biurkiem w wypożyczalni książek zajmował inny pracownik. Człowiek, za którym, nie oszukujmy się, Edward niezbyt przepadał. Może to przez brednie zrodzone w jego umyśle, kłamstwa na temat nielubianego jegomościa, w które wierzył całym sobą. Osoby, które znają jego dolegliwość, wiedzą, że to u niego naturalne. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że on sam nie zdaje sobie sprawy, że coś jest z nim nie tak...
Pytanie tylko: czy komukolwiek kiedykolwiek uda się wbić smutną prawdę pod jego czuprynę? Rokowania nie były dobre, ale wiadomo, że życie niesie ze sobą wiele niespodzianek, nigdy nie można być pewnym tego, jak pokieruje całym tym cholerstwem, jak to Edward miał w zwyczaju nazywać. Właściwie, dość często uciekał się do ordynarnych określeń. Dlaczego? Najprawdopodobniej uważa, że te najlepiej oddają istotę rzeczy, i to w każdej dziedzinie.
Nawet nie zauważył, jak nogi zaniosły go w pewne miejsce. I to dość przyjemne dla oka miejsce. Jeszcze nigdy tu nie był, i owa lokacja przypadła mu do gustu niemalże automatycznie. Uśmiechnął się, widząc to wszystko, co sprawiało, że miejsce wydawało mu się tak cudowne.
Rozglądając się, zauważył jakąś białowłosą istotę, więc ruszył w jej kierunku: początkowo raczej ociągając się, by zaraz potem jego krok stał się zdecydowany i żwawy. Lubił nietypowe barwy fryzur, zwłaszcza u kobiet, więc nie mógł w żaden ze sposobów zignorować tego widoku. Czy po raz pierwszy widzi taki kolor włosów? Raczej nie, ale próbując sobie przypomnieć, kiedy i u kogo zauważył wcześniej białą fryzurę, powoli podchodził do tej istotki, czując coraz większą ochotę, by ją w jakiś sposób obrazić. Jeszcze nie wiedział jak, jeszcze nie wiedział, czy w ogóle do tego dojdzie. Uśmiechnąwszy się, ułożył dłonie w coś na wzór trąbki, przyłożył do ust i krzyknął.
- Hej ty, białasko! Róże są czerwone, fiołki fioletowe, Frankenstein jest paskudny, ale co do cholery stało się Tobie?
Był z siebie zadowolony... i to jeszcze jak! Nie mógł być pewien, czy napotkana istota w ogóle zrozumiała jego słowa. Jeżeli tak, to dobrze, jeżeli nie, no to... no, w sumie też. Cieszył się, że jakkolwiek to się potoczy, w jaki sposób dziewczyna zrozumie to, co powiedział, i tak osiągnie to, co pragnął osiągnąć, wykrzykując te słowa.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość

PisanieTemat: Re: Zacisze   Pon Lip 04, 2016 1:44 am

Hope wrzuciła do wody ostatnie kawałki chleba jakie miała. Pierzaści znajomi walczyli do samego końca o ostatni kęs. Nie trwało to zbyt długo, bo chleba wcale nie było zbyt wiele, a one były strasznie żarłoczne. Niby to takie drobne, urocze i spokojne, a jak tylko zobaczą jedzenie, zamieniają się w jakieś wygłodniałe potworki. Na dziób, na krótką szyję - mamo, tato dziś idę walczyć, nie zawiodę. Czasami posuwają się nawet do wyrywania piór czy dziobania po łebkach swoich kaczych znajomych, jakby to była jedna, wielka walka o przetrwanie ich gatunku. Co z tego, że pewnie codziennie przychodzi tu jakaś miła staruszka i pół swoich wypieków rzuca tym słodziakom na pożarcie, jak dają to się bierze, a jak tyle chce brać, to trzeba zawalczyć. A spróbuj tylko stanąć im na drodze do żarełka, niby się nie gryzie ręki, która cię karmi, jednak jak przeszkadza w spożywaniu to kogo obchodzi co ta ręka wcześniej wyrzuciła, skoro wszystko utrudnia. Jeśli kaczki mogą być agresywne, to i u królika czasem to nie jest nic dziwnego, prawda?
Dziewczyna była tak zajęta rozmyślaniem nad sensem bytowania kaczek, że ledwo zorientowała się, że ktoś coś do niej woła. Otrzepała ręce z okruszków i nie będąc pewna, czy to aby na pewno ktoś zwracał się do niej samej, wsparła ręce na pomoście i wyjrzała przez swoje prawe ramię tak, że jej uszy lekko dotykały podłoża. Faktycznie, nie przesłyszała się, ktoś ją zauważył.
- Huh? - Mruknęła do siebie. - Miałam szczęście, nie każdy rodzi się taki piękny. - Zarzuciła teatralnie włosami, po czym zaczęła chichotać. To chyba pierwszy raz, kiedy to Hope, sama siebie pochwaliła, kolejny cud. I nie chodzi tu o to, że uważa się za brzydką, po prostu piękności też w sobie nie widzi. A kto puszyłby się jak paw, wyglądając jak typowy szaraczek-przeciętniaczek? Możliwe, że ktoś ale z pewnością nie ona.
- Tak na przyszłość, nigdy nie wpuszczaj napalonego faceta, do klatki z królikami w trakcie rozrodu. - Znów cicho się zaśmiała, nie dlatego, że wydawało jej się, że jest zabawna, ona lubi się śmiać, to w jakiś sposób zawsze rozluźnia atmosferę... albo robi z ciebie debila. Doskonale wiedziała, że komentarz chłopaka wcale nie był miły, nie był komplementem i w żadnym wypadku nie miał na celu jej chwalić, dlaczego jednak miałaby się tym przejąć? A po co? A na co? A zalegalizować marihuhaen? Mogłaby powiedzieć, że jest brzydkim, bezużytecznym mutantem, wypadkiem przy pracy, dzieckiem pękniętej prezerwatywy czy coś, jednak wszyscy wiemy, że z zasady ludzi to zniechęca, a ona wcale nie zamierzała nikogo do siebie zniechęcać. Mogłaby też coś odszczeknąć z serii "Zgiń. Spłoń. Przepadnij złamasie." ale to zupełnie nie w jej stylu. Pewnie nawet by jej to przez gardło nie przeszło, nie jeśli te słowa kierowane byłyby w kogoś. Nawet jeśli byłby to ostatni przegryw, ciotała czy inny pomiot szatana, byłby dla niej kimś "wyjątkowym" kogo da się nawrócić na dobrą stronę mocy.
- Powiedz uroczy pedofilu, lubisz zaczepiać młode dziewczyny, czy po prostu nie lubisz białasek? - Kaczki wciąż głośno kwakały? Gęgały? Wydawały odgłosy, które mówiły, że pragną atencji. Jednak dziewczyna była skupiona na chłopaku. Próbowała go w pewien sposób rozgryźć i chociaż dobra w tym nie była, mogła stwierdzić, że chociaż wygląda młodo, jest starszy. Może o rok, może o dwa, a może o dziesięć ale starszy jest. Można też powiedzieć, że był przystojny. Pewnie dziewczyny lecą na burzę rozmierzwionych włosów, fajne ciuchy i w porządku sylwetkę. Dla Hope był on uroczy, tak jak niemal każdy, jednak wciąż uroczy. I tak, to pewnie był komplement. Czekając chwilę na reakcje i szybko lustrując młodzieńca, przypomniała sobie, że dalej tkwi w tej dziwnej pozycji. Pozbierała się z ziemi, otrzepała spódniczkę i zbliżyła się nieco do nieznajomego.
- Jeśli białaski ci nie odpowiadają, jestem Hope Panie Blondasku - wyciągnęła rękę w jego stronę z tym samym uroczym uśmiechem co zawsze. - A jeśli jednak lubisz białaski, to mogę zostać białaską. Zwał jak zwał, to zmieni tylko pogląd na sprawę "lubić" czy "nie lubić".  - wydukała wszystko, aby wytłumaczyć o co jej chodziło, z tą "białaską". To nie tak, że była głupią puszką i nie zrozumiała o co chodzi ze zwrotem, po prostu trzeba coś wykorzystać aby się przedstawić i aby rozmówca nie stwierdził, że ów istota jest nudziarska jak flaki z olejem.
- Swoją drogą Frankenstein jest... na swój sposób wyjątkowy. - Rzekła tak, jakby przypomniała sobie właśnie coś istotnego albo zastanawiała się nad tym od dłuższej chwili. - Wiesz Panie Blondasku, lepiej powiedzieć wyjątkowy niż paskudny, nawet jeśli jest wyjątkowo paskudny. - skwitowała tak, jakby chłopaka w ogóle to coś interesowało. Nie byłaby jednak sobą, gdyby do tego nie nawiązała.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość

PisanieTemat: Re: Zacisze   Pon Lip 04, 2016 3:01 pm

Nowo napotkana istota nie wyglądała do końca normalnie (ah te uszy...), ale uznał, że to nic. Nie będzie wrogi, jak na niego przystało, zwłaszcza że miał świadomość tego, kim jest. Inkwizytorem. No właśnie. Uważał, że co jak co, ale on sam był najlepszą chodzącą po tym globie istotą, która się nadaje do tej roboty. Czy miał rację? Nie wiadomo, ale jakakolwiek byłaby prawda i w jakim procencie prawda ta zostałaby mu uświadomiona, pewnie i tak się tego nie dowiemy. A szkoda. A przynajmniej dla niektórych.
Słysząc jej słowa, te, w których owa panieneczka  przezwała go.. no nie do wiary. Nazwała go pedofilem! Edward musiał przygryźć dolną wargę, by nie wybuchnąć nieposkromionym śmiechem... Czy istnieją uroczy pedofile? Podchodząc do białaski coraz bliżej i bliżej, nie spuszczał wzroku z jej oczu, które, przynajmniej on sam miał takowe wrażenie, skrywały coś tajemniczego. Może mu się wydawało, może było wręcz odwrotnie. Tak czy owak, nieważne. Panienka najwidoczniej też mogła się pochwalić ciętym jęzorem, a Edward nie wiedział, czy z tego powodu ma się śmiać, a może płakać? Finalnie uznał, że to może być niezła zabawa. Dyskusja z kimś, kto miał podobną cechę, według dwudziestoośmioletniego inkwizytora z pewnością zapewni mu niebanalne emocje, wspomnienia które pozostaną w jego umyśle na naprawdę długo. Kiedy będzie mu smutno, kiedy będzie mu źle, przywoła do swoich myśli obrazy z dzisiejszego spotkania (o ile te przebiegnie podobnie do wzoru, jaki ułożył sobie w mózgu), a to wszystko z pewnością poprawi mu humor. Uśmiechnął się sarkastycznie, a podczas wewnętrznego monologu zdołał dojść do rzekomej białaski na tyle blisko, że teraz widział jej tęczówki o wiele dokładniej. Uznał, że w ten sposób będzie im się rozmawiało o wiele lepiej. Zobaczymy, czy miał rację...
- A jak sądzisz, dziwna istoto? - mrugnął ku niej lewą powieką – u takich dziwolągów jak ty trudno odgadnąć wiek, bo wiele z nich najczęściej na swoje lata nie wygląda – Złączył dłonie na plecach, wplatając między siebie palce górnych kończyn – Więc byłbym dozgonnie wdzięczny, o pani, gdyby zdradziłaby mi panienka swój wiek. Wiem, co teraz powiesz. Że kobiet o wiek się nie pyta, nie? Chyba zgadłem, hę? Jeżeli tak, a sądzę, że tak właśnie jest, to cóż, muszę panience uświadomić pewną prawdę. Nie wiem, czy będzie ona dla panienki trudna, a może odwrotnie, tak czy owak muszę to powiedzieć. – głębokie westchnięcie – Ta zasada u panienki nie działa, bo pani nie jest normalną istotą.
Nie wiedział, czy powinien ją nazywać panienką. Takk czy owak, nieznajoma pewnie zwróci mu uwagę co do tego zwrotu grzecznościowego. Jeżeli jednak tego nie zrobi, to chociaż będzie wiadomo, iż nie popełnił w tej kwestii błędu.
- Białaski mi się podobają, ale panienka nie ma w sobie aż tyle kobiecości, by podobała mi się w pełni. Za interesujące w panienki wyglądzie uważam tylko barwę fryzury. – ukłonił się lekko – A ja jestem Edward. Ja, pan blondasek, nie podam dalszej części mojej godności, nie jest panienka godną osobą, by  poznać dwa kolejne słowa. Tak, dwa kolejne, moja godność składa się nie tylko z pierwszego imienia, ale również z drugiego, a nazwisko wieńczy dzieło. – skończywszy, wyszczerzył się do niej pełnym cwaniactwa i przebiegłości spojrzeniem. Część jej wypowiedzi została przez Edwarda po prostu zignorowana. Ale nie przejął się tym, białask... to znaczy Hope, według Edwarda, nie była zbyt wartościową osobą (co on może wiedzieć, przecież dopiero się poznali... a jednak miał przeczucie).
- A Frankenstein to ktoś postrzegany przez każdego inaczej. No dobra. Przez prawie każdego, nie wszyscy posiadają własne zdanie. - chrząknął po kryjomu. - No ale nieważne. Przejdę do czegoś, co chcę poruszyć. Uważasz się pewnie za kogoś wyjątkowego, że tak żywo ze mną dyskutujesz, co nie? Tak na pewno jest. I pewnie nawet nie zdajesz sobie sprawy, kim ja właściwie jestem. A żałuj, nic nie warta kobiecinko. – strzelił palcami dłoni. Był z siebie nad wyraz zadowolony, nigdy nie posądziłby siebie o taką szczerość, mimo, że nigdy nie miał problemów z jej okazywaniem.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość

PisanieTemat: Re: Zacisze   Wto Lip 05, 2016 12:47 am

Hope musi sobie zapamiętać, że jeżeli facet, zaczepia ją mało przyjemnym pytaniem, sugerującym fakt, że jest jakimś nieudanym stworem, nie jest to równoznaczne z tym, że od razu rzucą się sobie w ramiona i zostaną przyjaciółmi. Nie wszyscy muszą się kochać, a szkoda. Mimo to, facet nie sprawiał wrażenia jakoś wrogo nastawionego i nieprzyjemnego, a nawet już po kilku zdaniach nastolatka stwierdziła, że przypadł jej do gustu. Pomijając fakt, że tak naprawdę nawet menel spod ławeczki mógłby jej się wydać czarujący. Jaką mnie Panie Boże stworzyłeś, taką mnie masz.
Kiedy usłyszała określenie "dziwoląg" znów włączyła jej się taka czerwona dioda, która paraliżowała jej umysł i nie dawała dalej funkcjonować, dopóki białowłosa na to nie zareaguje. Dlaczego? W końcu sama nie miała nic przeciwko temu aby ją tak nazywać, była inna, była dziwna, wyróżniała się w tłumie i czasem ludzie na jej widok dziwnie się krzywili. Co zrobisz? Nastolatka zacmokała z udawaną urazą.
- Zanim uchylę Panu rąbka tajemnicy, muszę Panu przyznać rację, nie jestem okazem normalności. Więcej we mnie puchatego królika niż człowieka, jednak bez względu na to... - przybliżyła się do mężczyzny i wykorzystując fakt, że byli niemalże tego samego wzrostu nachyliła się do jego ucha i wyszeptała - mam taką samą płeć, jak wszystkie inne ludzkie kobiety tego świata. - wróciła do swojej poprzedniej pozycji z uśmiechem na ustach.
- Nie chciałam zniszczyć Pańskiego światopoglądu ale wyjdzie to jeszcze Panu na dobre. Może dla Pana nie jest to zbytnio widoczne ale jestem kobietą bez względu na rasę. A nigdzie nie mówi się "Ludzkich kobiet się o wiek nie pyta". - splotła ręce tak samo jak jej rozmówca i delikatnie kołysała się to w tył to w przód.
- Pomimo tego wcale nie zamierzałam się tym wymigać od zdradzenia Panu swojego wieku. Jeśli byłabym bardzo niedobra, a Pan faktycznie okazałby się uroczym pedofilem, mogłabym sprawić, że pewnego pięknego dnia, do Pańskich drzwi zapukałby ucieszony prokurator. - znów zachichotała, jak to już miała w zwyczaju.
- Mam siedemnaście lat, a Pan? - Lekko przechyliła głowę w prawo, a na jej twarzy malowało się zaciekawienie. - Niestety Pan, pomimo swojej uderzającej ludzkości nie jest kobietą i nie może wymigać się tą kobiecą śpiewką. No chyba, że o czymś nie wiem. - Mrugnęła tak samo jak niedawno chłopak. Odtwarzała sobie w myślach zwrot "Panienka", twierdząc, że brzmi równie słodko co "Pan uroczy pedofil blondasek". Bo chociaż jej rozmówca zdradził swoje imię, ciężko było jej zwracać się do ów istoty po prostu na "ty", w dodatku pseudo przezwiska są słodkie, a ona lubi wszystko co jest słodkie. Wiecie, ze względu na to, że sama jest małą smarkulą, lubi zwracać się do każdego z należytym szacunkiem, zwroty "Pan" i "Pani" są u niej na porządku dziennym, tak po prostu.
- Chociaż fryzura mi się w życiu udała. - znów posłała mu ten uśmiech, który w pewnym stopniu dawał jasno do zrozumienia "bez względu na to jak bardzo starasz się być niemiłym i tak cię już lubię". - No i ma Panicz - wykorzystała zwrot, ze względu na użytą przez Edwarda nazwę "Panienka" - rację. Co ja - taka troszkę magiczna, troszkę inna, białowłosa, uszasta, czerwonooka istotka mogę wiedzieć o wyglądaniu interesująco. Za to Pan może wyróżniać się tak wieloma rzeczami... - próbowała udawać pełną zachwytu ale słabo jej to wychodziło, bo co chwilę uśmiech wkradał się na jej twarz.
- Ma pan uszy takie jak każdy inny człowiek, ręce i dwie nogi tak jak każdy. Parę oczu i nos i usta! No i włosy w miarę naturalnego koloru. Naprawdę zazdroszczę, jest Pan, Panie Edwardzie uroczy pedofilu blondasku wyjątkowo wyjątkowy. - Zaczęła się cicho śmiać po czym zrobiła coś czego pewnie robić nie powinna. Korzystając z tego, że stała dosyć blisko jak również z tego, że Edward nie miał dwóch metrów wysokości, położyła obie dłonie na jego ramionach, tak jakby chciała go poklepać, tak jak to robią kumple na "pocieszającym piwkowym spotkaniu".
- Ale proszę się nie przejmować. Dla mnie już jest Pan, wyjątkowym Panem Edwardem uroczym pedofilem blondaskiem z ciętym językiem. - Zabrała dłonie, na wypadek, gdyby jej rozmówca miał czasem ochotę je odgryźć. Ona już tak miała, bez względu na to, czy znała się z kimś parę minut, czy całe życie, nie istniało coś takiego, jak nietykalność, czy przestrzeń osobista. Przez chwilę zastanawiała się, jak wiele określeń jeszcze zdąży dodać, zanim ich miłe spotkanie dobiegnie końca. Stwierdziła również, że polubiła jego cwaniacki uśmieszek.
- Rozumiem, że ja nie jestem tak wyjątkowa jak Pan. Ciężko stwierdzić, czy istnieje na tej planecie ktoś dostatecznie wyjątkowy dla Pana. Jednak gdyby się Panicz jeszcze nie zorientował, sama również nie zdradziłam Panu pozostałej części mojej godności. Jednak to nie dlatego, że uważam Pana, Panie Edwardzie, za kogoś mało wyjątkowego. - Co z tego, że nie posiadała niczego innego, jak imienia. On tego nie wiedział i wcale nie musiał wiedzieć. Dlaczego miałaby psuć niespodziankę i tracić resztę swojej tajemniczości?
- Nie, nie - pokręciła przecząco główką. - Nikim niezwykłym, nikim wyjątkowym. - Wsparła lewą rękę na biodrze, a prawdą dłonią podrapała się po policzku. - Rozmawiam z Panem, ponieważ Pan mnie zaczepił. A ja generalnie lubię ludzi. No ale niech mnie Pan, Panie Edwardzie nie trzyma w niepewności. Niech Pan oświeci nic nie wartą kobiecinkę. - Na chwilę zapadła cisza, jednak nie na tyle długa aby dopuścić Edwarda do głosu. W pewnym momencie Czarnokrwista wzdrygnęła się i wyszczerzyła ząbki.
- Albo nie, sama zgadnę! - pisnęła entuzjastycznie. - A więc... jest Pan jakimś celebrytą. Modelem? Piosenkarzem? Świetnym perkusistą! - Mówiła jednym tchem, tak jakby sama naprawdę w to wierzyła. - Możliwe, że jakimś lekarzem. A może... oh, tak! - sprawiała wrażenie naprawdę szczęśliwej. - astronautą. Chociaż... - jakby się na moment skrzywiła.
- Pańska buzia pewnie wygląda o wiele lepiej bez tego całego... - zastanawiała się przez chwilę. - hełmu. - dokończyła i znów zrobiła coś, czego nie powinna - dotknęła palcem wskazującym policzka chłopaka, po czym szybko go zabrała, i wróciła do poprzedniej pozy. Byle nie jest jakimś Czarnokrwistożercą, bo z pewnością zaraz ją pożre razem z tymi wielkimi uszami, za to całe jej macanko. - A co Pan powie o pisarzu... - szło jej coraz oporniej. - No niech mi Pan nie mówi, że jednak jest Pan tym pedofilem. - Znów zaczęła chichotać. - No dobrze, poddaje się. Wygrał Pan. - Udała skruszoną i przegraną. I wszystko szło dobrze dopóki wiatr znów mocno nie zawiał, a ona nie zadrżała z zimna. Cholerna pogoda! A kysz!
Powrót do góry Go down
Gość
Gość

PisanieTemat: Re: Zacisze   Wto Lip 05, 2016 2:36 pm

Nie miał pojęcia, za jaką osobę wzięła go jasnowłosa panienka. Chciałby jej dokuczyć tak, by nie była w stanie odpowiedzieć, wymówić nawet jednego słowa, wykonać żadnego innego ruchu (chyba w każdym znaczeniu tego wyrażenia, ale słowo "chyba" jest tutaj słowem kluczowym). Chce, by wiedziała, kim on właściwie jest. Chce, by była na niego zła. Chce, by była w szoku. Chce usłyszeć z jej ust kierujące się ku niemu obelgi, na które on zareaguje jedynie przytłumionym chichotem, sądząc, że on i tylko on jest mistrzem ciętej riposty, a mimo że nowo napotkana również była w tym nie najgorsza, i tak nie dorównuje mu do pięt. A przynajmniej w tej kwestii, jednak sądził, że jest ich dużo, o wiele więcej, niżby mogło się wydawać. A to wszystko, jak wiemy, przez brednie zrodzone w jego umyśle, brednie początkowo uznawane za kłamstwa, co było szczerą prawdą, by potem uwierzyć w swoje słowa całym sobą. Ah ten Edward...
- Jestem od panienki o jedenaście lat starszy. Wiem, to dla twojego mózgu może okazać się wielkim wysiłkiem, ale spróbuj obliczyć w głowie, ile mam lat. Jeżeli będziesz mieć z tym problemy przez dłuższy czas i przez ten czas nie uda ci się oszacować, pomogę ci to obliczyć na palcach dłoni. – wyszczerzył się, niezmiernie z siebie zadowolony. Udało mu się ją obrazić, chociaż troszeczkę, lecz to lepsze, niż nic... nie?
Nie?
Niestety, nie odczytał prawidłowo jej uśmiechu. A szkoda, mogłoby być ciekawie... a może wręcz odwrotnie? Może potem uda mu się coś odczytać z wyrazu jej twarzy. Kto to wie.
Kiedy zaczęła mówić o wyglądzie, można było w jej mowie wyczuć coś sarkastycznego, a przynajmniej pod koniec, z czego Edward bardzo się ucieszył. No no, coś czuję, że będzie ciekawie, pomyślał i nie był w stanie ukryć lekkiego uśmieszku. Przyłożył dłonie do ust, by go zamaskować, jednak istnieje możliwość iż dziewczyna zauważyła u niego wykrzywienie jego warg, jako że uśmiech pojawił się przed "interwencją Edwarda", którą było zamaskowanie zmiany wyglądu oblicza mężczyzny. Był tym tak zajęty, że poczuł jej ręce z pewnym opóźnieniem. Odwrócił się, by spojrzeć jej w oczy. Ponownie. Z tą samą dawką sarkazmu. Usłyszawszy, że według niej ten ma cięty język, postanowił tego nie komentować, nie wiedząc, co wywoła, mówiąc cokolwiek na ten temat. Ale zgadzał się z nią. Co więcej, z czasem poczuł zagrożenie. Że jego plany nie spełnią się, słysząc jak białowłosa z łatwością dogania go, jeżeli chodzi o cięte riposty, tajemnicze odpowiedzi i tak dalej, i tak dalej. Spojrzał na nią, tym razem z morderczym wyrazem twarzy.
Tak czy owak, postanowił dalej ciągnąć tę "gierkę".
- Niech nic nie warta kobiecina wie, że... – nie zdążył, jego nowa towarzyszka ponownie zabrała głos. Usłyszawszy, co miała do powiedzenia, tym razem nie wytrzymał, wybuchając nieposkromionym rechotem. Uspokoiwszy się nieco, jeszcze tylko wziął głęboki oddech, wypuścił powietrze nozdrzami i postanowił odpowiedzieć.
- Nie do wiary, że pani białaska nigdy nie słyszała niczego na mój temat. Znać powinien mnie każdy, zważywszy na moją inteligencję oraz wiele innych zalet, zważywszy na to, że nie posiadam wad.
Poczuwszy dotyk jej skóry na własnym policzku, wstydził się przyznać, nawet przed samą sobą, że... podoba mu się to. Kiedy cofnęła rękę, posmutniał nieco, ale tylko w środku. Dobrze się postarał, by nie pokazywać po sobie, że odczuwa, (a potem – odczuwał) jak rozkosz przejmuje władzę nad jego umysłem.
Postanowił drastycznie zmienić temat.
- Ah, nie uważa panienka, że to, iż się spotkaliśmy i zaczęliśmy rozmawiać, to nic innego, jak ingerencja boska? - tik nerwowy znów się pojawił – coś w tym musi być. Inteligentny przystojniak, oraz jakieś dziwne, zupełnie nieatrakcyjne babsko... to przeznaczenie. Mówię panience, tak na pewno jest. Ale wiedz, że mam Boga po swojej stronie i tym samym wszystko się potoczy tak, jak ja tego chcę. – zachichotał, nie przerywając połączenia wzrokowego. Zignorował to, co mówiła na koniec.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość

PisanieTemat: Re: Zacisze   Wto Lip 05, 2016 8:29 pm

I kiedy nastolatka myślała, że ten dzień, może być naprawdę słaby i pomimo wszelkich starań, zawiewałby monotonią tak jak wszystkie poprzednie, na swej drodze spotykała uroczego blondaska, który zdecydowanie poprawił jej nastrój. Białowłosa właśnie przybijała sobie wewnętrzną piątkę z samą sobą, za to, że wpadła na pomysł aby dzisiaj tu przyjść. Słuchając uważnie odpowiedzi Edwarda, nawinęła sobie na palec kosmyk włosów, czekając aż mężczyzna (ponieważ chyba tak powinna teraz go określać) skończy swój wywód.
- Oh nie, trafił Pan w mój czuły punkt... - puściła nagle kosmyk, który miał teraz kształt delikatniej spirali. Zewnętrzną część prawej dłoni, przyłożyła do skroni i westchnęła teatralnie.  - Matma nigdy nie była moją mocną stroną. - Spuściła wzrok i wydawało się jakby posmutniała. Naprawdę sprawiała wrażenie, jakby po tych wszystkich niemiłych komentarzach, głupie działanie matematyczne, ukazało jej bezradność.
- No ale mój dwudziestoośmioletni staruszku, kiedy Pan starał się mi wytłumaczyć, że jednak jestem głupim królikiem, ja zdążyłam obliczyć ile ma Pan lat. - wyszczerzyła ząbki, próbując naśladować jego cwaniacki uśmieszek, jednak mimo wszelkich starań, wciąż wyglądała jedynie na niesamowicie szczęśliwą nastolatkę.
- Ale nie miałabym nic przeciwko temu, aby pomógłby mi Pan policzyć na paluszkach. - wyciągnęła swoje dłonie w jego kierunku. Nie trwało to jednak długo, ponieważ zaraz zabrała je z powrotem i skrzyżowała ręce na piersi cicho chichocząc.
- A tak poza tym, nie wygląda Pan na tyle. Tak, to komplement. - Mówiąc to zrobiła dosyć poważną minę. To naprawdę dziwne, kiedy ktoś mówi ci, że jesteś głupia i mało wyjątkowa, a ty jeszcze masz ochotę go skomplementować. Mówiłam, że to dziwne? Nie, to po prostu w stylu Hope. To ta z tych istot, co mają ochotę szerzyć wszędzie pokój i miłość. Kwiatki, tęczę, wesołe jednorożce i cały ten lukier. Skoro mowa o lukrze... on się uśmiechnął. Edward, choć ewidentnie próbował to ukryć, uśmiechnął się! Odetnijcie tej uszatej bestyjce ręce, dwie nogi i pociągnijcie za uszy, jeśli mylę się, że była to jedna ze słodszych rzeczy, jaka ją dzisiaj spotkała. Może oprócz tego słodkiego kotka na peronie i tej miłej staruszki, obok której siedziała dziewczyna, no i może oprócz kaczek. Nie, ten uśmiech jednak bił na łebek wszystkie te rzeczy.
Nie miało znaczenia, czy w tym momencie się z niej nabijał, czy nie, chodziło po prostu o to, że się uśmiechnął. Dla tej jednej dziewczyny, znaczyło to więcej niż tysiąc słów. Uwielbiała, kiedy ludzie w jej towarzystwie się uśmiechali, to wszystko. Na ten widok, sama miała ochotę wyszczerzyć się jak jeszcze nigdy ale pewnie za chwilę zaczęłyby ją boleć usta. Kiedy jednak wyraz twarzy Edwarda nieco się zmienił i mężczyzna zgromił ją wzrokiem, Hope momentalnie zwiększyła dzielącą ich odległość, uśmiechnęła się przepraszająco i na chwilę odwróciła wzrok, lekko zmieszana. Tak jak ciężko było ją obrazić, tak bardzo łatwo można ją przestraszyć. Możliwe, że przynajmniej to ją powstrzyma, przed tym, aby Edwarda gdzieś znowu nie macnąć. Ciesz się dziewczyno, że facet ma cierpliwość! Masz dwie ręce i wszystkie palce? To dziękuj Bogu, bo pewnie każdy inny już by je odgryzł i splunął ci nimi w twarz. Fuuuu... co za ohydna wizja.
Chwila, on on... on znów to zrobił. Tym razem jednak zaczął się śmiać. Dziewczyna w środku poczuła, jak ma ochotę zrobić przeciągłe "oooooooow", jak na widok, jakiegoś Mruczka bawiącego się kłębkiem wełny. Tak, tak, tak mi rób.
- Naprawdę zazdroszczę Panu tego, że jest Pan takim chodzącym ideałem. - Znów zarzuciła włosami lecz tym razem delikatniej i tylko dlatego, że zaczęły jej wszystko zasłaniać. Cholerny wiatr. - Niech się Pan, Panie Edwardzie nie przejmuje, jestem pewna, że po tym spotkaniu dobrze Panicza zapamiętam. - puściła mu oczko. No dobrze, jej pamięć była naprawdę w kiepskim stanie. Noc zbliżała się wielkimi krokami, a ona nawet nie była pewna, czy do jutra uda jej się wrócić. Pewnie zabłądzi jeszcze z parę razy, nie złapie metra, a nawet jeśli złapie, będzie miała problem dostać się do akademiku. Mimo to, czuła, że nawet jeśli ona i Edward mieliby się więcej już nie spotkać, będzie o nim pamiętać.
Chłopak nagle zmienił temat.
- Huh? - znów coś mruknęła do siebie, jakby właśnie ją olśniło. - Chyba coś naprawdę musi w tym być, w końcu taki czarujący mężczyzna jak Pan, nigdy nie zaczepiłby tak nieatrakcyjnej maszkary jak ja. Tak, to musiał być Bóg. Bóg, który najwyraźniej zrobił Panu na złość. - Pstryknęła palcami i zachichotała. Hej, dziewczyno, nazwałaś się maszkarą! Otrząśnij się. Zrób coś z tym. No i zrobiła. Tak po prostu dźgnęła go delikatnie palcem w klatkę piersiową. Chociaż jej sumienie krzyczało, że nie, że nie dotykać, że nie drażnić niedźwiadka. Ona musiała. A jak ona musi, to chyba nic jej nie przeszkodzi. Może po prostu nie lubi tego palca? Nagle przestała się śmiać i znów się wzdrygnęła tak, jak podczas uwagi o Frankensteinie.
- A! I powiedz swojemu znajomemu Bogu, że mógłby troszkę zmienić ten zimny, pochmurny klimat... - zwróciła się z poważną miną do mężczyzny po czym uniosła wzrok do góry. - Bo niektórzy tu zamarzają! - znacznie uniosła ton głosu, tak, że tylko niewiele brakło aby uznać to za krzyk. No i stało się, nie minęła chwila, jak Hope poczuła na swojej skórze coś mokrego i zimnego. Wydaje mi się, że skończyła wystarczającą ilość klas, aby wiedzieć, że właśnie zaczyna padać. Mimo, że to tylko delikatna mżawka.
- Oooo... - jęknęła. - Znaczy... proszę? - dodała, wiedząc, że już nic tego nie uratuje. - Następnym razem będę milsza! - znów krzyknęła w górę. Na chwilę zapadła cisza, po czym dziewczyna odwróciła się w stronę Edwarda i pokiwała mu palcem jakby chciała powiedzieć "oj ty zły słodziaku!". - To pewnie twoja sprawka... - oddaliła się na chwilę od mężczyzny, podskoczyła sprawnie do ławki, spakowała do plecaka czekoladę i ubrała go na siebie. Kiedy już sprawdziła, że ma wszystko, przykicała do Edwarda i stanęła tym razem nie naprzeciw niego, a obok. Wzięła w dłonie jego wolną rękę i uniosła ją sobie nad głowę, próbując zrobić z niej swego rodzaju parasol. Pomimo tego, że niczego to nie zmieniło, a krople deszczu wciąż na nią spadały, była zadowolona. Bez względu na to, czy Edward zabierze rękę, czy po prostu pacnie ją w tą pustą główkę - dopięła swego.
- Poza tym... - odwróciła łepek w jego stronę tak, że znów mogli złapać kontakt wzrokowy. - Mówiłeś, że to spotkanie potoczy się tak jak ty tego chcesz, czyli jak? - spytała zaciekawiona.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość

PisanieTemat: Re: Zacisze   Sro Lip 06, 2016 11:34 am

Postanowił nie odpowiadać na jej gadkę o matematyce. Czuł, że i jej mowa na ten temat ocieka tym samym, czym ociekają jego własne słowa, więc uznał, że bez sensu byłoby kontynuować ten temat, a przynajmniej jeżeli ma być kontynuowany w tym bądź podobnym tonie.
- Moja siedemnastoletnia dziecino – skoro nazwała go staruszkiem, uznał że nic się nie stanie, ba, będzie nawet ciekawiej jeżeli odpowie podobnie. - Skoro poradziłaś sobie z obliczeniem mojego wieku bez użycia do tego palców, wierzę w ciebie, a dokładniej w to, że poradzisz sobie bez nich w łatwiejszych rachunkach, takich sięgających góra liczby dziesięć – spojrzał na nią, jakby był z niej niezmiernie dumny. A czy naprawdę był? Przecież rozpoczął całą tę matematyczną gadkę, by ją obrazić. Po nic więcej. - Chętnie podarowałbym ci jakiś medal albo coś takiego... wybacz, nie mam przy sobie niczego podobnego. – spojrzał na nią tajemniczo, z jakiegoś nieodgadnionego powodu zawieszając swój wzrok na jej uszach. - Ah, i dziękuję za komplement.
Czuł sarkazm również w tym, jak ta nazwała go chodzącym ideałem... ona się z niego naigrawa. I to po raz kolejny! Nie, nie, coś musi z tym zrobić. Tak nie może być. Już szykował się do odpowiedzi, już chciał zripostować, gdy nagle ta, bez żadnego uprzedzenia czy też mowy, która mogłaby to zwiastować, dotknęła go palcem. Nie wiedział, co powiedzieć, więc skończył jedynie na ruchu dłoni, która szybkim, zdecydowanym ruchem złapała jej palec i lekko go zgięła, lecz nie na tyle mocno, by zrobić mu krzywdę. Pragnął jedynie przekazać, że nie powinna tego robić.
- Czemu sądzisz, że zrobił mi na złość? - z kieszeni spodni wyjął paczkę gumy do żucia. Otworzywszy, wziął jeden listek, by włożyć go do ust i zacząć żuć. - Ma ochotę panienka? – wysunął paczkę w jej stronę. Niezależnie od tego, czy poczęstowała się, czy było wręcz odwrotnie, podjął ponownie temat. -  Nie powiem mu, bo ta pogoda mi się podoba – uśmiechnął się przebiegle – No właśnie. Skoro panienka już wie, że wszystko potoczy się tak, jak ja tego chcę, czemu panienka myśli że zrobił mi na złość? – podniósł prawą brew do góry, by po chwili znów ją opuścić. - To trochę nielogiczne. Albo po prostu panienka nie posiada aż tak znaczącego poziomu inteligencji, bo widzisz, moje IQ znacznie przewyższa przeciętny iloraz. Współczuję. Ale musi panienka jakoś z tym żyć... no właśnie. Jak sobie z tym radzisz? – przybrał udawaną minę w stylu "aż mi ciebie żal". Był ciekaw, jak białowłosa ją odczyta, chociaż mógł się domyślać. Kiedy ustawiła się w taki sposób, że obie osoby stały obok siebie, czując jak ta łapie jego rękę, natychmiast wyrwał ją z jej uścisku. - Pojebało cię? Trochę szacunku! – westchnął głęboko i walnął ją lekko w głowę. Tak, lekko, nie chciał jej zrobić niczego złego. Usłyszawszy jej kolejne słowa, ustawił się tak, że ponownie stali naprzeciwko siebie. - A zobaczy panienka – odpowiedziawszy na jej ostatnią, przynajmniej jak na tę chwilę, porcję słów uśmiechnął się do niej ponownie, lecz o wiele bardziej przebiegle. - Bo widzisz, to ściśle tajne. – "ściśle tajne" wymówił szeptem, szepcząc te słowa bezpośrednio do jednego z jej nietypowych uszu, przysłaniając ten widok dłonią. Co jak co, ale wiedział że w pobliżu ktoś mógłby się pojawić (albo jest, od dawna, tyle że niewidzialny bądź dobrze ukryty), i nie chciał, by taka osoba wiedziała, co chciał blondasce przekazać. Czemu? Co było aż tak ważnego w tych dwóch słowach?
Chyba sam nie znał odpowiedzi na to pytanie. A jeżeli nawet byłoby odwrotnie, raczej nie podzieli się tym z nikim. I z aktualną towarzyszką też raczej nie, chociaż.. wszystko może się zdarzyć.
Nagle go olśniło.
Przypomniawszy sobie, że mówił iż należy jej się nagroda, wpadł na pewien pomysł, dotyczący tego, jak jej się odpłacić.
- Moja kochana brzydulo – podniósł nieznacznie lewy kącik ust ku górze, w oczach pojawił się jakiś tajemniczy blask – Może, jako nagrodę za to, że tak sprawnie obliczyłaś mój wiek, pójdziemy na kawę albo na coś w tym stylu, do jakiejś kawiarenki, hę? Ja stawiam, bo jestem ci to winien. – zaproponował jej, ignorując fakt, że czuje iż zbiera się na deszcz... a może zrobił to właśnie przez to, że robi się mokro, aby oboje mogli się schować w jakiejś kawiarence?...
Powrót do góry Go down
Gość
Gość

PisanieTemat: Re: Zacisze   Czw Lip 07, 2016 1:13 pm

Hope podobało się, że została nazwana dziecinką. Pewnie w tym miejscu, jakieś zapatrzone w siebie nastolatki, strzeliłyby fochem, zadarły nosek i burknęły, że to są już dorosłe kobity, a nie jakieś dzieciaki. Jednak dla białowłosej, była to po prostu odpowiedź na "staruszka", sama uważała się co najmniej za podlotka, więc czemu nie? Uśmiechnęła się delikatnie słysząc jego słowa. Jak widać oboje uwielbiali używać sarkazmu, mimo to, Edward potrafił sprawiać wrażenie naprawdę miłego faceta. Widzicie, to tylko dowód na to, że nawet najwredniejsze istoty tego świata, mogą mieć w sobie coś miłego. Szach mat ateiści! Nastolatka machnęła ręką.
- Jak to mówią, liczą się chęci. Wszyscy dobrze wiemy, że jestem świetną matematyczką, tylko mój nauczyciel przedmiotu myśli inaczej. - kiedy przywołała w myślach lekcje matematyki aż ją otrzepało. Ścisłowcem była naprawdę marnym i wszystkie przedmioty, których częścią są liczby, szły jej słabo. Chcąc nie chcąc, była uczennicą i musiała sobie z tym radzić niemal każdego dnia. Mało tego, aby kiedyś wykonywać zawód taki o jakim marzy, musi się nieźle przykładać nawet do matematyki, do której niestety nie pała miłością. W końcu nie wszyscy muszą lubić liczyć, niektórzy wolą głaskać kotki, albo dźgać paluszkami Panicza Edwarda, który na dotyk reagował tak, jak Hope na matematykę. Kiedy mężczyzna zgiął jej paluszek, dając chyba po raz ostatni (ta, jasne) do zrozumienia, że ma go nie dotykać, nastolatka zrobiła naburmuszoną minę.
- Uuum... - jęknęła zawiedziona. - Niech już Pan nie udaje takiego nietykalnego. - Próbowała udawać obrażoną, mogła by tupnąć nogą dla efektu ale teoretycznie nie miała ku temu żadnego powodu. W dodatku nie była zbyt dobrą aktorką, a już szczególnie, kiedy miała udawać złą - ona chyba nigdy jeszcze świadomie nie była zła. Ciężko więc jej udawać coś, czego raczej na co dzień nie doświadcza. - Niech Pan przyzna, że wcale to Panu aż tak bardzo nie przeszkadza. - Kiedy udawany "foszek" jej przeszedł uśmiechnęła się ciepło. Poczęstowała się gumą, którą zaproponował jej Edward, pokiwała główką i cicho podziękowała.
- No wie Pan... - przez chwilę skupiła się na żuciu tego co miała w pyszczku - Skoro Pan tak dobrze się z Bogiem kumpluje i on postanowił na Pana drodze kogoś postawić, o tak dla towarzystwa, to zawsze mógł Panu zrobić przyjemność i podstawić pod nos jakąś ludzką, piękną modelkę. - próbowała sobie w myślach przywołać jakąś kobietę, która mogłaby służyć za przykład, jednak nic nie wpadło jej do głowy.
- A tu proszę, taka niespodzianka. Małoletnia, uszata brzydula, ha! - zaśmiała się. - Może niewystarczająco jasno się wyraziłam. Chodziło mi o to, że skoro już Bóg planował coś z Panem zrobić, mógł zwabić tutaj kogoś bardziej wyjątkowego i atrakcyjnego, prawda? - Znów przechyliła głowę w ten dziwny sposób. Za jakiś czas pewnie będzie można to zaliczyć, do jej naturalnych odruchów.
Kiedy mężczyzna znów napomknął coś o jej małej inteligencji, wychwalając przy tym samego siebie, na jej twarzy znów pojawił się ten słynny uśmiech. Jednak to nic nowego, może ona po prostu miała już taki wyraz twarzy? Tym razem jednak nie bardzo wiedziała jak odpowiedzieć. Bo choć od samego początku ich spotkania, starała się mu dorównać ripostami, zdecydowanie brakowało jej wprawy aby znaleźć odpowiedź na wszystko.
- W końcu doświadczenie i wiedzę zdobywa się z wiekiem... - skwitowała. - Poza tym, radzę sobie całkiem nieźle. - kiwnęła głową. - Mały poziom inteligencji nie jest moim największym problemem. - Co było prawdą. Miała problem z pamięcią i orientacją w terenie, a także tym, że wielu ludzi jej po prostu nie akceptowało. Te trzy rzeczy był największą przeszkodą w drodze do pełni szczęścia, puchatych lam i... takich tam.
- Ał! - pisnęła mrużąc oczy, kiedy Panicz Edward pacnął ją w głowę. Tym razem odpuściła sobie udawanie obrażonej. - Okej, okej, zapamiętam. Nie dotykać. Niczym. Nie obiecuję ale będę się starać. - Uniosła dłonie w geście poddania i znów uciekła gdzieś wzrokiem zmieszana. Chciała zapamiętać, jednak nie była pewna czy jej to wyjdzie. Im bardziej ta niewiasta się starała, tym bardziej jej nie wychodziło. - A poza tym, w obecności kobiet nie powinno się tak brzydko mówić! - "zagroziła" mu palcem. - Ktoś powinien Panu buzię mydełkiem wyszorować. - Parsknęła śmiechem wyobrażając to sobie. - Takie słowa zawsze można czymś zastąpić, na przykład... - podrapała się po policzku, próbując coś logicznego wymyślić.
- Oszalałaś głupi króliku?! Trochę szacunku dla uroczego staruszka! - Próbowała naśladować jego głos. - Albo... - zmarszczyła brwi. - Cóż... na nic więcej nie wpadłam. - Wzruszyła ramionami. - Mimo to i tak lepsze to niż.. P-Po... - Wnętrze stawiało opór. - No, to słowo. - Ona chyba nie potrafiła przeklinać, z resztą, takiego rodzaju słowa w ogóle nie pasowały do jej słodkiego wyglądu ani wnętrza. Nawet słowa takie jak "cholera" był dla niej większym wyzwaniem. I choć zdawała sobie sprawę, że przekleństwa potrafią często wrazić więcej emocji niż takie "kurde" czy "o kurczaczki", coś nie pozwalało jej użyć ich bardziej wulgarnej wersji. Z resztą, panią to i tak nie wypada, prawda?
Mężczyzna znów staną naprzeciw niej. Chyba lubi taką perspektywę. Kiedy szepnął coś do jednego z jej uszu, zaczęło drżeć, jak to zawsze robiło kiedy wyłapywało jakieś dźwięki. Hope momentalnie zachichotała. - T-To łaskocze... - i faktycznie łaskotało. Uszy były jednymi z najdelikatniejszych części jej ciała, szczególnie kiedy ktoś delikatnie dmuchał na nie ciepłym powietrzem. - To brzmi groźnie Panie Edwardzie uroczy pedofilu blondasku... - kiedy opanowała śmiech, zmarszczyła brwi. - Mam się bać? Bo tego chytrego uśmieszku zaczynam... - oparła rękę na biodrze. A jeśli naprawdę jest pedofilem? O nie, nie. Przecież nie lubi króliczego tykania. Możesz czuć się bezpieczna Hope.
- ko-cha-na! - z uśmiechem przesylabizowała słowo, które baaaaaardzo jej się spodobało.
- Nie ukrywam, że chętnie napiłabym się czegoś ciepłego... - otuliła się ramionami, czując, że ubrania stają się coraz bardziej wilgotne, a zimny wiatr w tej sytuacji wcale nie pomagał.
- Mam nadzieję, że wie Pan gdzie iść ponieważ... ja mam bardzo słabą orientację w terenie. - wydukała troszkę zawstydzona. Nie lubiła być bezradna, a jeśli chodzi o poruszanie się po mieście, zawsze musiała liczyć na to, że jakiś łaskawy przechodzień jej pomoże się odnaleźć. Czasem trafiała na jakieś mapki, czy drogowskazy, jednak częściej musiała po prostu pytać o drogę, niekiedy nawet kilka razy. - A poza tym... nie jest mi Pan nic winny... - uwolniła tylko na chwilę dłoń, aby nią machnąć, po czym znów wróciła do okrywania własnego ciała.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość

PisanieTemat: Re: Zacisze   Czw Lip 07, 2016 6:18 pm

- Lepiej się ze mną nie drocz – wcześniej swoje źle ukierunkowane słowa przysłaniał sarkazmem w ten sposób, że trudniej było odczytać prawdziwe myśli i zamiary Edwarda. Ale nie teraz. Teraz powiedział jej coś wprost. A rzadko się do takiej metody przemawiania uciekał... co nie oznacza oczywiście, że nigdy tak nie było. - Sam wiem, co lubię a co nie, więc nie próbuj zgadywać, a tym bardziej w tym sensie. – rozejrzał się po okolicy, by po chwili ponownie trafić spojrzeniem swoją rozmówczynię. - Owszem, przeszkadza mi, więc nie waż się tego więcej robić. A przynajmniej nie w stosunku do mnie. -To było do niego niepodobne. Zdecydowanie. - Bo inaczej możesz naprawdę pożałować. - mrugnął powieką lecz nie wiadomo, czy celowo, a może to był jego tik nerwowy, który go męczy i nie chce go opuścić? - Chyba naprawdę wciąż nie zdajesz sobie sprawy z tego, kim jestem.
Ponownie analizując swoją ostatnią wypowiedź, zbierało mu się na śmiech. Serio. Co go tak rozbawiło? Może zrodzone w jego umyśle podejrzenia, jak Hope zareaguje (i wewnętrznie, i zewnętrznie) wzbudzały w nim wesołość i wielką potrzebę wybuchnięcia śmiechem. Przygryzł dolną wargę i zmienił obiekt swojej aktualnej obserwacji. Nie wiadomo dlaczego, ale widok jednej z ławek pochłonął go tak bardzo, że nie chciał, przynajmniej na razie, zdejmować z niej wzroku.
Nade wszystko zabawny dla niego był ton głosu. Jego własna tonacja, jaką się posłużył, wypowiadając te tak nietypowe dla niego słowa. Nadal nie wierzył, że skierował do uszatej tego typu słowa. Ah ten Edward.
- Postawmy sprawę jasno – czując, że guma straciła swój (według niego samego – niepowtarzalny) smak, wyjął ją z ust i rzucił hen, daleko, nie wiedząc, gdzie ląduje, ale miał to gdzieś. Nie był kimś, kto przesadnie (a może w ogóle?) dba o środowisko. Chociaż... kosza pełnego śmieci pewnie by nie przewrócił, gdyby nie miał ku temu większego powodu. - Ja lubię niespotykane relacje. Lubię nietypowe istotki, więc Bóg pokierował mną i tobą tak, żebyśmy się spotkali. Widzisz, jaki on jest dobry? I utalentowany! Ma we władzy naprawdę wielką moc. – znowu ten sarkastyczny uśmieszek zawitał na jego obliczu – Tak, nietypowe, bo nawet ktoś nudny i mało inteligentny potrafi być nietypowy.
Słysząc jej śpiewkę o doświadczeniu i wiedzy, postanowił jej uświadomić, że nie ma racji, mówiąc przy tym o inteligencji.
- Moja tępa brzydulko – zatrzepotał zalotnie rzęsami – Inteligencja nie ma nic wspólnego z doświadczeniem i wiedzą. No ale mogłaś nie wiedzieć, ja to rozumiem, najwidoczniej rodzice cię nie uświadomili. Jestem w ogóle ciekaw twoich rodziców. Jak radzą sobie z taką córką? Chętnie bym im jakoś pomógł, chociaż byłoby to niemałe zadanie, po drugie, spóźniłem się, nie poznałem cię wcześniej. A siedemnastolatkowie nie potrzebują już raczej wychowania, przynajmniej nie takiego, jak wobec małych dzieci. – Teatralnie przyłożył dłonie do oczu, udając, że zbiera mu się na płacz. Oczywiście, celowo. Zignorował jej małą deklarację obietnicy, uznawszy że nie ma w niej niczego ciekawego, przynajmniej na tyle, że miałby ochotę to skomentować. Edward sądził, że nie warto odpowiadać na wszystko, należy omijać zwłaszcza wątki niezbyt interesujące. Postanowił się tą zasadą w życiu kierować. Całe szczęście, to, co powiedziała po chwili było tak cennym zbiorem słów, że nie mógł nie odpowiedzieć.
- Wiem, wiem – spojrzał na nią i postarał się, by z jego spojrzenia ta nie mogła niczego wyczytać. Udało mu się, czy nie? Nie wiadomo. - Ale panienka nie zasługuje na miano prawdziwej kobiety, więc ta zasada panienki nie dotyczy. Sądzę, że wiele istot płci pięknej nie uważa pomysł trzymania cię na równi z innymi kobietami za zbyt dobry. I nie, wolałem użyć takich, a nie innych słów. Jeszcze co, będę słuchać rad jakiejś białasowej smarkuli. – wysunął dłoń i pogładził ją po policzku, szczerząc się jak ktoś, kto właśnie wygrał los na loterii. - Zwłaszcza, że jestem kimś więcej niż uroczym staruszkiem.
Milczał, czekając na jej reakcję co do wypadu do kawiarenki.
"nie jest mi pan nic winny".
Cholercia, ona jednak rzeczywiście ma iloraz inteligencji poniżej przeciętnej, pomyślał zaraz po usłyszeniu jej słów, ale postanowił jej tego nie mówić, skro już nie raz i nie dwa razy dał jej to do zrozumienia. Po co się powtarzać? Nawet jeżeli chciałby wymówić na głos swoją ostatnią myśl, żeby poprzeć jak najlepiej własne domysły co do bystrości białaski, ta pewnie nie zrozumiałaby
tego jako potwierdzenia, a raczej jego kolejną śpiewkę o tym, jaka ona jest głupia, i uznałaby, że Edward jest nudny. A taki nie jest, nie był i nic nie wskazywało na to, że będzie taki w dalszej bądź bliższej przyszłości.
- Tak czy owak, naprawdę zapraszam. Może zamiast kawiarenki, wybierzemy się do restauracji? Znam taką jedną. A skoro mówisz, że wierzysz we mnie, pewnie nie masz nic przeciwko, bym sam zadecydował, gdzie pójdziemy, nie?

/Jeśli godzisz się na Z/T x2, możesz napisać pierwszego posta O TUTAJ
Powrót do góry Go down
Gość
Gość

PisanieTemat: Re: Zacisze   Pią Paź 07, 2016 8:07 pm

Rozdziewiczamy ;D


Pogoda nie była taka zła, za oknami nawet ładnie się zapowiadało. Słonko świeciło dość wysoko, jednak wiat który zakłócał spokój był na tyle brutalny, że pozostawiał nadziei na polepszenie się pogody. Mimo to młoda dziewczyna, szczupłej budowy i delikatnej cerze kroczyła przed siebie szczelnie okrywając się płaszczykiem jesiennym. Chłód dojmująco dokuczał Czarnokwistej do tego upleciony warkocz dookoła uszu opuścił się nieco pozostawiając widoczne opuszki uszu. Wilcze, końce zaglądały to z ciekawością to z wyższością zza niteczek włosów. W dłoniach ściskała książki "nowoczesna medycyna" oraz "medycyna od A do Z - nowe wydanie". Wszystko byłoby całkiem fajnie, doszłaby spokojnie do domu, odłożyła książki na półkę i wzięła długi ciepły prysznic. Jednak nie było jej to dane...Spacerująca dziewczyna przewieszone miała torebkę, na szczęście nie miała w niej nic wartościowego. Nauczona, że cenne rzeczy nosi się przy tyłku. W torebce jedynie co miła to kilka monet i paczkę cukierków. Gdy nagle ów torebka została jej brutalnie wyrwana a książki posypały się po chodniku.
- Motłoch! Zero kultury!
Wysyczała wściekła zbierając książki z chodnika.
Powrót do góry Go down
Yozo
ANTYKWARIUSZ

avatar
Liczba postów : 17
Imię i nazwisko : Yozo Edogawa
Wiek : 28 lat
Wzrost i waga : 182 cm || jakieś 75 kg?

PisanieTemat: Re: Zacisze   Nie Paź 09, 2016 3:39 am

Jakie to było dziwne, że nawet jemu zdarzało się wybywać z domu, ale tak to już w życiu bywa. Yozo, niezbyt oryginalnie co prawda, udał się na spacer. Ot, oderwanie się od codzienności, nawiązanie kontaktu z otoczeniem, które w większości przypadków dość ciężko było nazwać naturą. Niemniej jednak, jeśli już się uczepić tej natury tak, jak dzisiejszego popołudnia zrobił to Edogawa, to miejsce zwane "zaciszem" było czymś, co idealnie mu pasowało. Jak się okazało, cudem udało mu się nawet nigdzie po drodze nie zgubić, a Edgar, jak na dzielnego szopa przystało, cały czas siedział na ramionach właściciela lub w mniej przepełnionych ludźmi częściach miasta dreptał posłusznie przy nodze Japończyka.
Wiało, a jakże, doprowadziło to nawet do tego, że Yozo musiał zapiąć płaszcz i owinąć szczelniej szyję czarnym, krótkim szalikiem; niby nie było tak zimno, ale wolałby jednak, gdyby go nie przewiało. Gdy w końcu dotarli na miejsce, Edogawa planował kupić coś, czym mógłby nakarmić wodne ptaki lub pałętające się tu i ówdzie paskudne gołębie, jeśli już żadna kaczka ani łabędź nie pokusi się o podejście po jakieś nie do końca pyszne pyszności.
Ale jak wiadomo, w życiu nie może być zbyt łatwo czy kolorowo - gdy tylko Yozo miał szansę zobaczyć jakąś osóbkę pozbawioną torebki, na chwileńkę zamarł. Co zrobić, co zrobić? Być typowym mieszkańcem, okazać obojętność i robić, co się robiło wcześniej, czy może pokazać, że jest się człowiekiem? Oczywiście nie w ujęciu rasowym a według zbioru wartości i innych takich fikuśnych pojęć, aby nie było niedomówień i podejrzeń o rasizm.
Tym, co ostatecznie przekonało go o podjęciu działania, był fakt, że Edgar popędził zaraz w kierunku nieznajomej i napastnika, któremu ze skradzionej torebki wystawała krawędź paczuszki cukierków. Gdy ten oddalał się, szop skakał za nim na tylnych łapkach, próbując dosięgnąć tego, co kojarzyło mu się z tak pysznymi, ale zakazanymi przez Yozo cukierkami; wspomniany antykwariusz patrzył chwilę za szopem i ostatecznie na łeb na szyję poleciał za nim, wyminął obcą osóbkę zbierającą książki i zatrzymał się przed tą, która zabrała torebkę. Jakiś młodzik, który widocznie chciał się wzbogacić na tym, że ktoś inny padał ofiarą niekorzystnych warunków pogodowych, zatrzymał się, gdy Yozo zagrodził mu drogę.
- Przepraszam ogromnie
- Powiedział rzeczowym tonem, łapiąc oddech po krótkim biegu, który był dla niego zaskakująco męczący. - Ale to jest mój szop - Tu podniósł Edgara i pogroził dzieciakowi palcem. - A to nie jest twoja torebka - Wyrwał obiekt z łap dzieciaka, korzystając z faktu, że ten miał teraz na twarzy niemałe "wtf" i zdawał się nie rozumieć sytuacji. Edogawa posłał dzieciakowi spojrzenie dość nietypowe dla siebie, bo pełne wyższości, po czym z gracją wyminął go i ruszył do obcej osóbki, trzymając na rękach szopa i mając torebkę przewieszoną przez ramię.
- Ten osobnik chyba zachachmęcił pańską własność. - Wyjaśnił, wskazując ruchem głowy w kierunku, w którym uciekał podły rzezimieszek. - A Edgar to bohater, bo go zatrzymał! - W pierwszej kolejności poklepał wspomnianego herosa po głowie, między uszami, a następnie oddał kobiecie zgubę... I nastała niezręczna cisza. Co powinien powiedzieć dalej? Jak się zachować? - I przepraszam, ale czy lubisz ciastka? - Wypalił nagle, bo w końcu coś trzeba było powiedzieć.

// Mam nadzieję, że o to chodziło z torebką i że nie zagalopowałem się z jej odzyskiwaniem. <3 Jakby co edytuję! Godzina robi swoje~
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość

PisanieTemat: Re: Zacisze   Nie Paź 09, 2016 11:12 am

// Jest ok W końcu wyobraźnia jest od czegoś


Torebka nie była dla niej taka ważna, poza tym co ona sama mogłaby poradzić na to wszystko? Sama była w takim stanie, że raczej pogoń by nic nie zdziałała. W końcu nie mogła od tak puścić się w pogoń za złodziejaszkiem skoro ona sama biedna ledwo zareagowała. Na szczęście mogła polegać na swoich. Dostrzegła jak za złodziejaszkiem biegnie...szop? Dobrze widziała? Przetarła oczy zaskoczona niecodziennym widokiem i uśmiechnęła się pod nosem spoglądając na to co próbował zrobić szop. Zaraz potem minęła ją kolejna osoba, jednak nie została pozostawiona sama sobie. Gdy podnosiła już ostatnią książkę usłyszała przed sobą chłopaka, który wrócił z jej zgubą.
- Dziękuję w takim razie Edgar.
Uśmiechnęła się lekko i spojrzała na zwierzaka oraz jego właściciela.
- Jestem Azarel, owszem lubię i to bardzo.
Roześmiała się lekko i skinęła głową.
- Więc może...cukiernia?
Zapytała z uśmiechem na ustach. Podając jednocześnie dłoń do uścisku.
Powrót do góry Go down
Yozo
ANTYKWARIUSZ

avatar
Liczba postów : 17
Imię i nazwisko : Yozo Edogawa
Wiek : 28 lat
Wzrost i waga : 182 cm || jakieś 75 kg?

PisanieTemat: Re: Zacisze   Pon Paź 24, 2016 4:51 pm

Szop-bohater okazał się bardziej zainteresowany paczuszką, którą chciał zabrać dla siebie. Coś, co dla ludzi było kolorowym kawałkiem plastiku, dla Edgara było prawdziwym skarbem... albo raczej taki miało skrywać. Yozo zaś, kiedy biegł, musiał wyglądać fikuśniej niż zwykle, bo to nie był typ osoby, która była skłonna do aktywności fizycznej większej, niż przechadzka do sklepu. Choć wysoki to jednak wątły i... i wcale nie to, że po krótkim biegu dostał zadyszki, a jego sznurówka od lewego buta postanowiła się rozwiązać.
- Ach! Edogawa Yozo, podzielam sympatię do ciastek!
- Powiedział zadowolonym, ale przyciszonym głosem; nigdy nie mówił specjalnie głośno, o ile w grę nie wchodziło zachwalanie z byle powodu Edgara. I nie gadał też zwykle zbyt wiele, o ile nie czuł się jeszcze w miarę swobodnie w czyimś towarzystwie. Uścisnął dłoń swojej nowej znajomej i lekko potrząsnął nią, uprzednio ukłoniwszy się grzecznie.
- Cukiernia brzmi doskonale~ Zna pani jakieś miłe miejsce? Bo w sumie to trochę nie moja część miasta i nie bywam tu często! A myślę, że mógłbym częściej. I cukiernie brzmią jak dobra motywacja do pojawiania się tu.
- Zaproponował z pełną klasą Az ramię, po czym, jeśli ta znała drogę do jakiegoś lokalu tego typu, poszedł tam z nią... a jeśli nie, to pewnie coś znaleźli.

zt x2 -> może tu? I przepraszam za czas. Zjada mnie życie. ;-;
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Akihito
WILGA / HUNDUR

avatar
Liczba postów : 29
Imię i nazwisko : Akihito Ikari
Wiek : 16
Wzrost i waga : 186;75

PisanieTemat: Re: Zacisze   Nie Lut 12, 2017 6:17 pm

Akihito postanowił wyrwać się z domu tak szybko jak mógł. Nie miał najmniejszej ochoty siedzieć w tym budynku ani sekundy dłużej. Ojciec znowu zaczynał się o coś do niego pieklić. Przy okazji zarobił od niego z pięści w policzek. Po tym szybko wybiegł przez drzwi i tyle go widzieli. "Pieprzony pijak." przeklął lekko masując dłonią polik. Pewnie do domu wróci dopiero na noc, żeby się przespać. "Gdzie by się tu wybrać?" zastanowił się w głowie "przeglądając" wszystkie swoje ulubione miejsca, w których może trochę odpocząć. Wybór padł na zacisze. Znajdowało się ono dość niedaleko od aktualnej pozycji Akiego. Chłopak chciał trochę ochłonąć, a ów miejsce mogło mu to umożliwić. Szansa, że zarwie tam w mordę nie jest wysoka, więc jest to kolejny plus.
Na miejscu znalazł się po niecałych trzydziestu minutach. Porozglądał się dookoła w poszukiwaniu wolnego miejsca, a raczej miejsca, które mu odpowiada. Nie było tu za wielu ludzi, więc było w czym wybierać. Ławka pod drzewem, niedaleko wody wydawała się w tym momencie najlepszym wyborem. Usiadł na niej, oparł się i zaczął wpatrywać się w powoli sunące po niebie chmury.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Zacisze   

Powrót do góry Go down
 
Zacisze
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Lucid Dream :: xx :: ➜ Północna część-
Skocz do: